Dopiero jak wrócił, spytał się profesora, a ten wytłómaczył124, że Klu-Klu bardzo kocha Maciusia i chce razem z nim jechać.
Maciuś prosił profesora, żeby wytłomaczył Klu-Klu, że nie może jechać sama, że pewnie tatusia jej króla Bum-Druma poproszą do Europy i wtedy na pewno będzie mogła z ojcem przyjechać.
I już nie myślał Maciuś więcej o małej Klu-Klu tym bardziej, że przed wyjazdem bardzo dużo było do roboty. Na pięćset wielbłądów ładowano skrzynie ze złotem i drogimi kamieniami, różne owoce smaczne, napoje, różne afrykańskie przysmaki, wina i cygara na prezent dla ministrów. Umówił się, że za trzy miesiące przyśle klatki na dzikie zwierzęta do zoologicznego ogrodu, uprzedził, że może przyśle aeroplanem różne rzeczy, więc żeby się nie przestraszyli, jeżeli przyfrunie biały człowiek na wielkim ptaku z żelaza.
Rano wsiedli i pojechali. Droga była ciężka, ale wszyscy byli zahartowani, więc pustynia ich już bardzo nie zmęczyła.
Tymczasem ministrowie Maciusia opracowali całą konstytucję i czekają.
Czekają, czekają, a Maciuś nie wraca i nie wraca. Gdzie się podział, nie wiadomo. Okrętem dojechał do Afryki, koleją jechał aż do ostatniej osady murzyńskiej koło pustyni. Mieszkali w namiotach i oficer białego garnizonu rozmawiał z nimi. Potem przyjechały wielbłądy od króla ludożerców, ale dalej nikt nic nie wiedział.
Aż tu przychodzi telegram, że król Maciuś żyje, że już wsiadł na okręt i wraca do domu.
— Jak się Maciusiowi wszystko udaje — mówili z zazdrością zagraniczni królowie.
— Szczęśliwy ten Maciuś — mówili ministrowie i ciężko wzdychali, bo myśleli, że jeśli im było trudno poradzić sobie z Maciusiem, kiedy wrócił z wojny, to ile trudniej będzie teraz, kiedy wraca z kraju ludożerców.
— Jak wrócił z wojny, to nas do kozy wsadził, a teraz kto wie, czego się tam nauczył: jeszcze nas pozjada.