— A jak ona krowę wydoiła, było na co patrzeć.
— A u mnie cielę zachorowało. Takie dziecko, a tylko spojrzała i mówi: „to cielę zdechnie za trzy dni”. I bez niej wiedziałam; boż to jedno cielę mi zdechło. A ona: „jeżeli u was rośnie — mówi, takie zioło, to mogę cielę uratować”. Poszłam z nią, bo byłam ciekawa. Szuka, szuka, to powącha, to pogryzie. „Nie ma — powiada, trzeba będzie to sprobować172, bo ma podobną gorycz do tamtego”. Nazbierała, dosypała trochę popiołu gorącego, zmieszała, i wszystko tak zręcznie, jak aptekarz, potem wsypała do mleka i daje. A cielę, jakby rozumiało, pije, chociaż gorzkie, niesmaczne; beczy, a pije i oblizuje się. I co powiecie? Zdrowe. No, czy nie dziw...
Kiedy skończyło się lato, i kobiety, i mężczyźni, i dzieci żałowali Maciusia, bo król, i kapitańską parkę173, bo grzeczna, i doktora, bo leczył i niejednemu pomógł; ale najwięcej żałowali Klu-Klu.
— Mądre, wesołe i poczciwe dziecko, szkoda, że taka czarna.
— Choć jak się przyzwyczaić, niebrzydka — dodawali.
Z ciężkim sercem wracał Maciuś do stolicy. A i powitanie nie było przyjemne. Już na stacji zauważył Maciuś, że coś się święci. Dworzec obstawiony był wojskiem. Mniej było flag i kwiatów. Prezes ministrów miał minę trochę zakłopotaną. Był i prefekt policji, który dawniej nie przychodził na powitanie Maciusia.
Siedli do samochodów i jadą, ale innymi ulicami.
— Dlaczego nie jedziemy ładnymi ulicami?
— A bo tam są pochody robotników.
— Robotników? — zdziwił się Maciuś, który przypomniał sobie wesoły pochód dzieci, które wyjeżdżały na lato do domów, które im w lasach wybudował. — A dokąd oni wyjeżdżają?