I nagle zerwała się burza. Jedni tupią, drudzy gwiżdżą na palcach. Krzyczą jeden przez drugiego.

— Patrzcie ją: będzie nas uczyć.

— Ty masz białe ręce.

— Do klatki z małpami.

— Królewska narzeczona.

— Żona Maciusia.

— Maciuś, Maciuś, Burek, idź na piec mruczeć.

— Kanarek. Siądź na grządce i śpiewaj.

Najwięcej darł się jeden. Wskoczył na fotel poselski, czerwony taki i wrzeszczy. Felek go znał: łobuz spod ciemnej gwiazdy. Antek — złodziej kieszonkowy.

— Antek, jak Boga kocham — krzyknął Felek — wszystkie zęby ci wybiję.