— A pamiętasz, jakeśmy193 się pobili raz... o co nam wtedy poszło?
— Aa, wiem. Kupiłem scyzoryk i ty powiedziałeś, że nie jest stalowy, tylko żelazny.
— I siedzieliśmy w kozie194.
Jeden doktór195 i jeden adwokat tak się przejęli tymi opowiadaniami, że zupełnie zapomnieli, że już nie są małymi chłopakami, i zaczęli się spychać do rynsztoka i gonić, aż przechodząca nauczycielka musiała im zwrócić uwagę, że na ulicy trzeba się zachowywać przyzwoicie, bo ludzie patrzą.
Ale niektórzy byli bardzo źli. Jedna pani bardzo gruba, właścicielka restauracji, idzie z książkami do szkoły, ale taka zła, że strach. A tu ją poznał jeden mechanik.
— Patrz, idzie ta kwoka. Pamiętasz, jak ona nas zawsze oszukuje: dolewa wodę do wódki i za kawałek śledzia liczy tak, jak za cały śledź196. Wiesz co, podstawimy jej nogę. Jak jesteśmy dzieci, to dzieci. No nie?
Podstawił jej nogę. Mało się nie przewróciła. Kajety197 jej się rozsypały.
— Łobuzy — krzyczy gruba pani.
— Ja nienaumyślnie.
— Poczekajcie, powiem nauczycielce, że nie dajecie spokojnie przejść przez ulicę.