Niedaleko dworca był szpital. I tu niby dzieci opiekowały się chorymi. A doktorzy, jak mieli mniej lekcji zadanych, wpadali na pół godzinki. Ale to niewiele pomogło. Chorzy jęczeli i umierali bez pomocy, a dzieci płakały, bo się bały i nie wiedziały, co robić.
— No cóż, Maciusiu, wrócimy chyba do pałacu?
— Nie, muszę iść do mojej gazety rozmówić się z dziennikarzem — odpowiedział Maciuś spokojnie, ale widać było, że się w nim wszystko gotuje.
— Ja nie mogę tam iść z tobą — powiedział smutny król, bo mogą mnie poznać.
— Ja niedługo wrócę — powiedział Maciuś i szybko iść zaczął do redakcji.
A król popatrzał207 za nim, popatrzał, pokiwał głową i wrócił do pałacu.
Maciuś nie szedł teraz, a biegł. Ręce zacisnął w pięście208 i czuł, jak odzywa się w nim krew Henryka Porywczego.
— Poczekaj, ty złodzieju, ty kłamczuchu, ty oszuście. Odpowiesz ty mi za wszystko.
Wpadł Maciuś do pokoju dziennikarza. Przy biurku siedział dziennikarz, a Felek leży na kanapie i pali cygaro.
— A, i ty tu jesteś — krzyknął raczej, niż powiedział Maciuś. — Tym lepiej, rozmówię się z wami dwoma. Coście wy zrobili?