Dym, kurz, zamieszanie, nikt już nic nie widzi i nic nie wie. Tak trwa godzinę i dwie.

Kiedy potem historycy opisywali tę bitwę, to każdy pisał co innego, tylko się wszyscy zgadzali, że podobnej bitwy jeszcze nie było.

— Ach — płakał prawie minister wojny — gdyby choć na dwie godziny jeszcze starczyło kul i prochu.

Ale cóż robić? Nie ma!

— Konnica naprzód! — krzyczy Maciuś, a sam siada na pięknego białego konia.

Tak, to było jedyne: skorzystać z popłochu i gonić, gonić nieprzyjaciela, zagarnąć wszystkie jego zapasy, odsunąć się tak od miasta, żeby się nie mógł ani dowiedzieć, ani domyśleć, że to nie pomoc Bum-Druma, a garstka dzieci murzyńskich i parę dziesiątków dzikich zwierząt z ogrodu zoologicznego dało Maciusiowi zwycięstwo.

I nagle, kiedy Maciuś spiesznie dosiadał konia, spojrzał na miasto i — oniemiał.

— Nie, to być nie może. To jakaś straszna omyłka. Nie, to mu się tylko zdaje.

Niestety, tak było.

Na wszystkich wieżach miasta powiewają białe chorągwie: stolica się poddaje.