A tu: bęc — bęc — szczeknie duża armata.
I zaczyna się. Karabiny rechocą, jak żaby — tu gwiżdże — tu syczy — tu dudni — i raz wraz — bac — bęc — buch — buch.
Trwa tak pół godziny, godzinę. Wpadnie czasem kula armatnia do okopu i tu wybuchnie — położy paru ludzi, pokaleczy kilku. Ale przyzwyczajeni, już nic sobie z tego nie robią towarzysze.
— Szkoda go, dobry był chłop.
— Wieczne odpoczywanie — przeżegna się ten i ów.
Doktór56 rannych opatrzy — w nocy odeśle do polowego szpitala.
Ano cóż — wojna.
Nie uniknął i Maciuś rany. Przykro mu było iść do szpitala. Taka mała rana — nawet kość nieruszona. Ale doktór się uparł — odesłał.
Leży Maciuś na łóżku — po raz pierwszy od czterech miesięcy. Ach, jakie szczęście. Siennik, poduszka, kołdra, białe prześcieradło, ręcznik płócienny, stolik biały przy łóżku, kubek, talerz, łyżka podobna trochę do tych, którymi jadał w pałacu królewskim.
Rana się prędko goiła, siostry i lekarze bardzo byli mili — i Maciuś czułby się nawet dobrze, gdyby nie straszne niebezpieczeństwo.