— Rozumiem: wasza królewska mość pragnie pogwałcić prawo. Gotów jestem podać prawo, które to przewiduje. Jest § 105.486.

— Panie ministrze sprawiedliwości, to mnie nic nie obchodzi.

— I na to jest prawo. „Jeśli król lekceważy prawa, zawarte w paragrafach...”.

— Czy pan przestanie do cholery, czy nie...

— Jest i o cholerze prawo. „W razie wybuchu epidemii i cholery...”.

Zniecierpliwiony Maciuś klasnął w ręce. Na salę weszli żołnierze.

— Aresztuję panów — krzyknął Maciuś. — Odprowadzić ich do więzienia.

— I na to jest prawo — zawołał uradowany minister. — To się nazywa dyktatura wojskowa. Oj, to jest już bezprawie — krzyknął, gdy żołnierz kolbą potrącił parę żeber.

Ministrowie biali jak kreda szli do więzienia. Minister wojny został wolny; złożył ukłon wojskowy i wyszedł.

Zapanowała grobowa cisza. Maciuś został sam. Założył ręce w tył i chodził długo po sali. A ile razy przechodził koło lustra, spoglądał w nie i myślał: podobny jestem trochę do Napoleona75.