— Gniazdo bocianie.

— Nie gniazdo, a loża — mówi jeden, który zna teatr, bo ojciec jego jest tokarzem i miał kiedyś w teatrze robotę.

Ostatni zachód słońca.

Słońce straciło promienie, wąska chmurka przekrajała kulę słoneczną na dwie połowy.

— Ostatni zachód słońca — mówią chłopcy.

Jutro już będą w Warszawie, a tam słońce nie zachodzi wcale.

W Warszawie nie ma zachodu słońca, tylko o zmierzchu pokazuje się na ulicy człowiek z długim kijem i zapala brzydkie żółte latarnie. Człowiek ten przechodzi z jednej strony na drugą, jest zawsze ciemno i biednie ubrany, a twarzy jego w cieniu nie widać. On w mieście zamienia dzień na noc.

A w Michałówce jasne słońce w purpurowej szacie dzień gasi i noc zapala. Słońce opuszcza się coraz niżej, zanurza pod ziemię i znika, skrawek po skrawku.

— Już — mówią jedni.

— Nie jeszcze.