Ale może dzieje się tak tylko tu na kolonii, w krainie dziwnych dziwów!
— Czy w Warszawie także będzie rosło?
— A jakże: na każdej ulicy, w każdym mieszkaniu.
Cieszą się: tak przyjemnie mieć własny ogród — bodaj najmniejszy, bodaj na talerzu tylko, ale za to bez bramy, przy której stoi ogrodnik i nie wpuszcza dzieci biednie ubranych.
I dlatego obiad dzisiejszy nazwałbym ogrodniczym, że po raz pierwszy ukazały się na stołach bukiety, które zajmują miejsce, a jeść ich nie można, więc są niepotrzebne zupełnie. I grupa ma rozstrzygnąć, czy chce, żeby bukiety stały podczas obiadu na stole, i jeśli tak, trzeba wybrać dyżurnego, który by wynosił je zawsze na werandę, jak dwaj inni wynoszą miski do mycia rąk, a mały Adamski ręczniki.
A tymczasem już zupa i mięso zjedzone.
— Proszę pana, mnie jeszcze marchewki!
— Stój bratku, a kto wczoraj nie jadł kaszy na mleku?
— Ja już będę jadł.
— Zobaczymy.