O kim myślał wówczas mały poeta, gdy ten wiersz pisał?
Zapewne o ojcu.
Ojciec Ojzera robi skakanki i lejce, paski i ozdoby do sukien. Gdy był zdrów, dużo zarabiał, córkę do szkoły posyłał. Ale teraz kaszle, a do lasu, gdzie powróciłby do zdrowia, wyjechać nie może.
Dziś jeszcze często wspominają dobre dawne czasy, gdy córka chodziła do szkoły, gdzie pani była dobra, bardzo dobra, a dzieci tak ją kochały. Teraz ojciec chory, pani szkołę zamknięto — wyjechała daleko do Ameryki i tam ją dzieci zapewne kochają.
Ach, jak Ojzer chciałby się uczyć.
Ojzer nie lubi hałaśliwych zabaw, ale chętnie słucha ciekawych opowieści — wie, że dozorca go kocha, ale nie poprosi nigdy ani o chorągiewkę, ani o piłkę, ani o ładny widelec, ani o przylepkę. Ojciec Ojzera, on sam, siostra starsza, mama — dumni są, prosić nie lubią, nie chcą.
Kiedy mała siostrzyczka Ojzera leżała w szpitalu, chcieli co dzień ją odwiedzać.
— Nie można; tylko trzy razy na tydzień wolno przychodzić do chorych dzieci.
— Jeżeli nie można częściej, to trudno. Widocznie tak być powinno, zapewne tak jest lepiej.
Raz Ojzer przyszedł do szpitala i przyniósł dla siostry garstkę winogron. Nie przyniósł karmelków, bo mała była chora i jeść jej karmelków nie było wolno.