— I to ma być powieść dla dzieci, o dzieciach. Tych tu u nas? — pyta się.
— Aha.
— A co pan o nich powie ciekawego? — zdziwił się.
— Zobaczę, pomyślę, nie wiem jeszcze.
— Panie szanowny — powiada. — Ja im się — powiada — co rok przyglądam i oczom nie wierzę. — Ona tu będzie, ta mała: od ziemi nie odrosła, a z pretensją do mnie — ba, jaką: że wygód nie ma, że twardo, że ciemno, że deszcz, że płaci, więc wymaga. — Fornalowi6 zrobiła awanturę, że przepowiedział pogodę, a ona zmokła na wycieczce. Bo my tu na wsi powinniśmy wiedzieć, kiedy pogoda i żniwa. — Pozna ją pan: o niej powieść; jej ciocia była na Riwierze, więc wie...
— A chłopcy?
— Ano: kamieniami rzucają w kury; gałęzie łamią, bo i tak wszystko tylko do jesieni. Cóż? — Niszczycielski naród. — Sami nie sadzą i nie sieją. Oni wszystko tylko kupują. My powinniśmy tu na wsi, a wam się tylko należy. — Kazała żona zrobić plac na siatkówkę. — Mało. Kupiłem siatkę. Mało. Powinny być i piłki, i rowery.
Obroniłem skutecznie.
Przyznał rozżalony, że nie wszystkie są takie, że nawet nieliczne; ale mówi się o nich i dobrze pamięta, bo te nieliczne właśnie dają się we znaki. — Nie wiedzą: trzeba, można im wytłumaczyć. — Można rodzicom...
Machnął ręką. Więc pytam się: