Myślicie, że pozwalam? — Za kogo mnie macie? — Surowo zabraniam. — I: „Jazda do kąta; nie wypuszczę, dopóki nie policzysz swoich okaleczeń, swoich rycerskich ran”. — A on idzie — siedzi pokornie w kącie i liczy. — Raz w raz wzywa mnie, bo ma wątpliwości. — „On woła”. — „Czego chcesz?” — „Czy liczyć blizny po szczepionej ospie, czy liczyć niebieskie siniaki, czy stare żółte też?” — Porozumieliśmy się, odchodzę. — Znów wzywa: „Czy to liczyć za jeden, czy za trzy; czy strupy po zagojonych liczyć?” — Są różne stadia przejściowe, więc nie tak znów proste i łatwe. — Odchodzę daleko, ale znaleźli: — „On pana woła”. — Mówię, już trochę podirytowany: „Nie woła, tylko prosi”. — „Nie! powiedział wyraźnie: »Zawołaj go«”. — „Nie go, tylko doktora”. — Wzruszył ramionami: „Nie wiem, on tak mówił”. Nie jestem formalistą, ale manewr biurokratyczny: „Dobrze, przyjdę, niech czeka, nie pali się, nie na pierwsze zawołanie”. — Więc tu i tam — tam i tu — i dopiero do niego, i ostro: „Czego??” — A on — nowa trudność: „Jak liczyć na głowie i na plecach i w ogóle tam, gdzie »nie sięga mędrca szkiełko i oko«”. — „Weź lustro”. — Już próbował, nawet dwa pożyczył; nie można. — „Weź do pomocy kolegę; nie będę ci taszczył z Warszawy trema109”.
Nie pamiętam, bo dawno. Ale wiem, że sto z dolewką zadrapań. — Więc powiedziałem: „Kiep ten, kto nie umie korzystać z doświadczenia”. — Westchnąłem. On też. — „Czy mogę wyjść już z kąta?” — „No, tak”. — Nie wolno przeciągać struny, bo bez pozwolenia zwieje — i co? — Nowa kolizja i represje?
Powie kto: wiadomo — chłopaki. — A ja mówię: nie — dziewczęta nie gorsze, ale inne z nimi troski i trudności.
Dwie przyjaciółki. Trzynaście lat czy czternaście, więc wiadomo — rosną, martwią się, że grube, ciężkie, ociężałe, i w ogóle inne, niż były. Więc umówiły się, że zachorują i schudną. Więc w tajemnicy wieczorem gorącą wodę do kubła i nogi do gorącej wody — i potem boso do zimnej sieni i boso na podwórku po śniegu. — I udało się: zachorowały. Gardło, grypa, trzydzieści dziewięć, stawy — ból — salicyl. — Skąd, dlaczego akurat one — jak na przyszłość zaradzić? — Nie udało się: jednej po tygodniu pół kilo przybyło, a drugiej po trzech tygodniach — dwa kilo. — Dopiero koleżanka w największej tajemnicy zdradziła, bo prawda jak oliwa. — Chłopcy — śmieją się, a ja: „Życie pełne zasadzek i niebezpieczeństw, a wy — wyzwanie odwiecznym prawom natury, niezdarzone pokraki?”
Albo — też dziewczynka... Za moich młodych lat inna moda: parasolka, woalka — blada; teraz modna cera sportowa. — Więc ona też: kupiła jakiś krem de szyn — mówią chłopcy, że na straganie... No i...
...gęba w krostach. — Powieki, wargi — szkorbut, może trąd?... Akromegalia110, rhinoskleroma111, lupus112, pontifex maximus, Tanganajka113, Adissona114? Tokio? — Nie. Pomadka żrąca jakaś na piękną cerę.
UWAGA
Jeśli matka szantażuje dziecko urojonymi niebezpieczeństwami, aby było powolne, ciche, jadło, spało — potem ono mści się — straszy, szantażuje matkę. Nie chce jeść, nie chce spać — dokucza, hałasuje. — Piekiełko...
Ale róbcie, jak chcecie.