Czy byliście kiedykolwiek w psiarni i widzieliście takie wystraszone stworzenia? To wszystko psy kradzione. Wielkie miasto posiada specjalny typ złodzieja, który zajmuje się wyłącznie kradzieżą psów. Istnieją malutkie pieski salonowe, karłowate ratlerki wielkości rękawiczki; łatwo zmieści się taki piesek w kieszeni palta albo w mufce damskiej, ale i tam go złodziej znajdzie. Skradną też w nocy złego niemieckiego doga cętkowanego, który pilnuje willi na przedmieściu. Psa policyjnego capną wywiadowcy sprzed nosa. Prowadzicie sobie pieska na łańcuszku, przetną smycz i znikają z psem jak kamfora, a wy głupkowato spoglądacie na pusty sznurek. Pięćdziesiąt procent psów, które widuje się na ulicy, zmieniało kilkakrotnie właścicieli, a nieraz trafia się, że po latach kupicie własnego psa, którego skradziono wam podczas spaceru, gdy był jeszcze szczeniakiem. Największe niebezpieczeństwo zagraża psom, gdy wyprowadzone na dwór, załatwiają małą czy dużą potrzebę. Osobliwie przy załatwianiu dużej potrzeby ginie bardzo dużo psów. Dlatego każdy pies rozgląda się podczas tej czynności tak uważnie dokoła siebie.

Istnieje kilka systemów kradzenia psów. Robi się to wprost, sposobem kradzieży kieszonkowej, lub też pośrednio, przez podstęp i oszukanie biednego stworzenia. Pies jest zwierzęciem wiernym, ale tylko w czytankach szkolnych lub w podręcznikach zoologii. Dajcie wszakże najwierniejszemu psu do powąchania kawałek smażonej końskiej wędzonki, a będzie zgubiony. Zapomni o panu, obok którego idzie, odwróci się i pobiegnie za wami. Z pyska cieknie mu ślina, a w przeczuciu wielkiej uciechy przy spożywaniu wędzonki przyjaźnie merda ogonem i rozwiera nozdrza jak najbujniejszy ogier, gdy zwietrzy klacz.

*

Koło schodów zamkowych na Małej Stranie znajduje się mała piwiarenka. Pewnego dnia w mrocznym jej kąciku siedzieli dwaj mężowie: żołnierz i cywil. Pochyleni ku sobie rozmawiali szeptem, tajemniczo. Podobni byli do spiskowców z czasów republiki weneckiej.

— Co dzień o ósmej — szeptał cywil do ucha żołnierzowi — prowadzi go służąca na róg Placu Havliczka do parku. Ale to drań, gryzie jak wściekły. Nie da się pogłaskać.

I pochylając się jeszcze niżej nad uchem żołnierza dodał:

— Nawet serdelka nie żre.

— Smażonego? — zapytał Szwejk.

— Nawet smażonego.

Obaj splunęli.