— Chodzenie na spacer z kradzionymi psami nie daje się pogodzić z honorem oficerskim. Pan nie wiedział? Oficer nie może kupować psa nie przekonawszy się, że może go kupić bez przykrych dla siebie następstw! — grzmiał pułkownik Kraus głaszcząc Foxa-Maxa, który z psią podłością zaczął warczeć na porucznika i wyszczerzać na niego zęby, jakby pułkownik poszczuł go na swoją ofiarę: „Weź go!”

— Panie poruczniku — mówił pułkownik dalej — czy uważałby pan za właściwe jeździć na kradzionym koniu? Nie czytał pan ogłoszenia w „Bohemii” i „Tagblacie”, że zginął mi rasowy pinczer? Jak to, nie czytał pan ogłoszenia swego przełożonego?

Pułkownik załamał ręce ze zdumienia.

— Udali się ci młodzi oficerowie! A gdzież dyscyplina? Pułkownik posyła do gazety ogłoszenie, a porucznik nie czyta go!

„Gdybym ci, dziadu stary, mógł dać parę razy w pysk...” — myślał porucznik Lukasz spoglądając na bokobrody pułkownika przypominające orangutana.

— Niech pan idzie ze mną kawałek — rzekł pułkownik.

Porucznik szedł obok przełożonego prowadząc z nim miłą rozmowę.

— Na froncie panie poruczniku, taka rzecz przynajmniej nie będzie się wam mogła już więcej przytrafić. Spacerować sobie na tyłach z kradzionymi psami to rzecz istotnie wielce nieprzyjemna. Tak. Spacerować z psem swego przełożonego. I to w czasach, gdy na polach bitew co dzień tracimy setki najlepszych oficerów. A ogłoszeń się nie czyta. Przecież w taki sposób przez sto lat mógłbym zamieszczać ogłoszenia, że mi zginął pies. Dwieście lat, trzysta lat!

Pułkownik głośno się wysmarkał, co zawsze oznaczało u niego wysoki stopień wzburzenia, i rzekł:

— Może pan spacerować dalej.