Przed laty czytałem krytykę jakiejś nowelki, w której krytyk oburzał się, że autor napisał: „Wysmarkał się i utarł nos”. Sprzeciwia się to rzekomo wszystkiemu, co estetyczne, wzniosłe, co narodowi dać powinna literatura.
Oto mały przykład, jacy głupcy chodzą po ziemi.
Ludzie, którzy lękają się mocniejszych wyrażeń, są tchórzami, bo naga rzeczywistość ich przeraża, a tacy właśnie słabi ludzie są największymi szkodnikami kultury i charakteru. Tacy wychowaliby naród jako gromadę przeczulonych człowieczków, masturbantów fałszywej kultury w rodzaju św. Alojzego, o którym powiedziano w księdze mnicha Eustachego, że gdy św. Alojzy usłyszał, jak mąż jeden z wielkim hukiem wypuścił swoje wiatry, rozpłakał się i w modlitwie dopiero znalazł ukojenie.
Tacy ludzie ujawniają publicznie swoje oburzenie, ale z niezwykłym upodobaniem chodzą po publicznych szaletach dla odczytywania nieprzyzwoitych napisów na ścianach.
Używając w książce swej kilku mocnych wyrażeń, zaznaczyłem zaledwie, jak się w życiu mówi.
Od szynkarza Palivca nie możemy wymagać, aby mówił tak wykwintnie jak pani Laudowa, dr Guth, pani Olga Fastrowa i całe zastępy tych, którzy najchętniej uczyniliby z całej Republiki Czechosłowackiej jeden wielki salon z parkietami, gdzie wszyscy chodziliby we frakach, w rękawiczkach, mówiliby w sposób wielce wyszukany i gdzie kwitłyby dobre maniery, a pod pięknymi pozorami wytworne lwy salonowe oddawałyby się najnikczemniejszym występkom.
*
Przy tej sposobności zwracam uwagę, że właściciel gospody Palivec żyje. Przetrwał wojnę, którą przesiedział w więzieniu, i pozostał nadal tym, kim był wówczas, gdy miał znaną aferę z portretem cesarza Franciszka Józefa.
Przyszedł do mnie w odwiedziny, gdy dowiedział się, że jest w książce, i nabył przeszło dwadzieścia egzemplarzy pierwszego zeszytu, które rozdał swoim znajomym, czym przyczynił się do rozpowszechnienia mojej książki.
Szczerze cieszył się, że o nim pisałem i że przedstawiłem go jako znanego prostaka.