— Tego nie pamiętam — nieśmiało odpowiedział frajter.
— Jeszcze by też. Jak pan ma pamiętać, kiedy pan był pijany, miał pan malutkie świńskie oczka, a jak wypadło wyjść na dwór, to zamiast do drzwi właził pan na piec.
Obaj zamilkli i zamyślili się. Długie milczenie przerwał wachmistrz:
— Zawsze panu mówiłem, że alkohol to zguba. Nie służy panu wódka, a pan pije. Co by to było, gdyby nam ten nasz był zwiał? Jak byśmy się tłumaczyli? Boże mój, jak mi we łbie trzeszczy.
— Powiadam panu, panie frajter — mówił dalej wachmistrz — iż właśnie dlatego, że nie uciekł, sprawa jest całkiem jasna. Musi to być jakiś niesłychanie wyrafinowany człowiek. Jak go będą badali w wyższych instancjach, to powie, że przez całą noc drzwi były otwarte i że byliśmy pijani, więc mógł uciec, gdyby się czuł winnym. Całe szczęście, że takiemu człowiekowi nie wierzą, a jeszcze jak my pod służbową przysięgą powiemy, że to zmyślone i zuchwałe kłamstwo ze strony tego człowieka, to mu święty Boże nie pomoże i będzie miał o jeden paragraf na karku więcej. Chociaż przy takiej sprawie jak jego podobne szczegóły są bez znaczenia. Żeby mnie tylko ta głowa tak nie bolała...
Przez chwilę było cicho, po czym znów odezwał się wachmistrz:
— Niech pan zawoła naszą babę.
— Słuchajcie no, babo — rzekł wachmistrz do Pejzlerki spoglądając jej surowo w oczy. — Proszę się wystarać o krucyfiks z postumentem i przynieść go tu.
Na pytające spojrzenie Pejzlerki wachmistrz ryknął:
— Ruszać mi zaraz i nie gapić się!