Major Wenzl powrócił znowu do służby w pułku, gdy w Serbii podczas walk nad Driną stwierdzona została jego całkowita nieudolność w dowodzeniu na froncie. Opowiadano sobie o tym, że kazał rozebrać i zniszczyć most pontonowy, kiedy pół swego batalionu miał jeszcze po drugiej stronie rzeki. Teraz został przydzielony do wojskowej strzelnicy w Kiraly Hidzie jako dowódca, a prócz tego spełniał w obozie obowiązki intendenta. Oficerowie szeptali między sobą, że major Wenzl porośnie na tej służbie w pierze. Pokoje Lukasza i Wenzla znajdowały się na jednym korytarzu.
Służący majora Wenzla, Mikulaszek, malutki, ospowaty chłopina, bujał nogami i wywodził:
— Dziwię się, że ta moja stara małpa jeszcze nie wraca. Chciałbym wiedzieć, gdzie się taki włóczy po nocach! Gdyby mi przynajmniej dał klucz od pokoju, to bym sobie leżał. I popić byłoby czego, bo wina jest pełen pokój.
— Podobno kradnie — rzekł Szwejk paląc w spokoju ducha papierosy swego pana, ponieważ zakazano mu palenia fajki w pokoju. — Ty musisz chyba wiedzieć o tym, skąd on bierze tyle wina.
— Chodzę tam, gdzie mi każe — głosem cieniutkim odpowiedział Mikulaszek. — Daje mi kartkę, więc idę i fasuję niby dla szpitala, a przynoszę do domu.
— A jakby ci kazał — pytał Szwejk — żebyś ukradł kasę pułkową, ukradłbyś? Tutaj siedzisz i pyskujesz, ale trzęsiesz się przed nim ze strachu.
Mikulaszek zamyślił się nad pytaniem Szwejka i odpowiedział:
— Co do kasy pułkowej, to musiałbym się zastanowić.
— Nad niczym nie wolno ci medytować, ty sieroto niemądra! — krzyknął na niego Szwejk, ale głos jego urwał się nagle, bo w tej właśnie chwili otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł porucznik Lukasz. Od pierwszego wejrzenia widać było, że musiał zdrowo pić, bo czapkę miał na głowie daszkiem do tyłu.
Mikulaszek tak się przeraził, że nawet nie zeskoczył ze stołu, ale zasalutował siedząc, zapomniawszy zupełnie, że przecież nie ma czapki na głowie.