— Bóg wam zapłać, koledzy — dziękował Baloun serdecznie. — Od czasu, jak jestem na wojnie, szczęście uśmiechnęło się do mnie po raz pierwszy.
Rzeczywiście, Baloun mógł mówić o szczęściu. W Łupkowskiej Przełęczy dostał aż dwie porcje gulaszu, a porucznik Lukasz zadowolony, że jego służący przyniósł mu z kuchni oficerskiej obiad nietknięty, dał mu za to dobrą połowę tego obiadu. Baloun czuł się więc całkiem szczęśliwy, bujał nogami spuszczonymi z wagonu i nagle cała ta wojna wydała mu się czymś miłym, pełnym rodzinnego ciepła.
Kucharz kompanii zaczął sobie z niego pokpiwać, że po przybyciu do Sanoka będzie się gotowało kolację i jeszcze jeden obiad, a mianowicie obiad zaległy, którego nie dostali w drodze. Baloun potakiwał głową z wielkim zadowoleniem i powtarzał co chwila:
— Zobaczycie, koledzy, że Pan Bóg nas nie opuści.
Wszyscy śmieli się serdecznie, a kucharz siedząc na kuchni zaśpiewał:
Niech się duch wszelki wesoło śmieje,
Chyba nas Pan Bóg nie zapodzieje.
A choćbyśmy się gdzieś zapodzieli,
To i tak dobrze będziemy się mieli.
Choćbyśmy się zapodzieli w rowie,