— Wyjeżdżamy o 4 minut 12. O 3 minut 58 wszyscy winni siedzieć w wagonach. Wysiadamy kompaniami. Jedenasta itd. Zugsweise. Direktion Verpflegungsmagazin nr 6. Kontrola przy wydawaniu: kadet Biegler.

Wszyscy spojrzeli na kadeta Bieglera, jakby chcieli rzec: „Użyjesz sobie, gołowąsie!”

Ale uczynny kadet wyjął z kuferka arkusz papieru, linijkę, poliniował arkusz, powypisywał na nim kompanie marszowe i rozpytywał dowódców poszczególnych kompanii o stan liczebny, ale nikt nie umiał odpowiedzieć mu na pamięć, więc podawali tylko przybliżone liczby według niedokładnych uwag w notatnikach.

Tymczasem kapitan Sagner z rozpaczy zaczął czytać nieszczęsną książkę Grzechy ojców, a gdy pociąg się zatrzymał na stacji Raba, zamknął książkę i rzekł:

— Ten Ludwik Ganghofer pisze nieźle.

Porucznik Lukasz pierwszy wyskoczył z wagonu sztabowego i pobiegł ku wagonowi, w którym znajdował się Szwejk.

*

Szwejk i inni już dawno przestali grać w karty, a służący porucznika Lukasza Baloun był już taki głodny, że zaczynał się buntować przeciwko zwierzchności wojskowej, i głośno wywodził, że dobrze o tym wie, jak to panowie oficerowie obżerają się dobrymi rzeczami. Mówił, że teraz jest gorzej, niż było za czasów pańszczyzny. Dawniej było w wojsku inaczej. Przecież jeszcze w roku sześćdziesiątym szóstym, jak mawiał jego dziadek siedzący na dożywociu, oficerowie dzielili się z żołnierzami kurami i chlebem. Narzekaniom Balouna nie było końca, więc Szwejk uznał wreszcie, że koniecznie trzeba pochwalić dzisiejszą wojskowość i sposób prowadzenia wojny.

— Masz widać jakiegoś młodego dziadka — rzekł uprzejmie, gdy dojechali do Raby — który pamięta jedynie wojnę roku sześćdziesiątego i szóstego. A ja, bratku, znam niejakiego Ronovskiego, którego dziadek był w Italii jeszcze za czasów pańszczyźnianych. Służył on jak się patrzy dwanaście lat i wrócił do domu jako kapral. A że nie mógł znaleźć roboty, więc ojciec tego Ronovskiego wziął go do siebie. Razu pewnego wysłano ludzi do lasu, żeby zwozili wykarczowane pniaki, a jeden z tych pniaków, jak nam opowiadał ten dziadek, był taki ciężki, że nie sposób było ruszyć go z miejsca. No i ten dziadek powiada: „Dajmy spokój pniakowi, niech sobie leży”. Ale gajowy, który to słyszał, zaczął wymyślać i podniósł kij na niego, żeby koniecznie ten pniak nałożył na wóz. A dziadek Ronovsky nic nie odpowiedział, tylko rzucił takie słówko: „Ty popychadło jedno, ja jestem stary, wysłużony żołnierz”. Ale po tygodniu dostał wezwanie. Znów był wzięty do wojska, wyprawili go do Italii i był tam dziesięć lat. Pisał do domu, że jak wróci z wojska, to tego gajowego siepnie siekierą w łeb. Całe szczęście gajowego, że przedtem umarł.

W tej chwili we drzwiach wagonu ukazał się porucznik Lukasz.