— Proszę, żeby było cicho — rzekł głosem zrozpaczonym. — Jest mi słabo.
Usiadł znowu na czcigodnym fotelu, w którego każdej szparce pluskwy złożyły tysiące jajeczek.
— Jestem zmęczony — rzekł głosem tragicznym — jestem chory i słaby, więc proszę, żeby ze mną nikt nie mówił o wyłamanych zębach. Mój adres jest: Smichov, Kralovska 18. Jeśli nie dożyję do jutra, to proszę, aby rodzina moja została o wszystkim powiadomiona w sposób delikatny, i proszę, aby na moim nagrobku nie zapomniano dodać, że przed wojną byłem także c. i k. profesorem gimnazjum.
Zaczął delikatnie chrapać, więc nie słyszał już, jak Szwejk odśpiewał słowa pieśni pogrzebowej:
Któryś Marii zmazał winę,
A łotrowi grzech przebaczył
I mnie wybaw w tę godzinę.
Potem sierżant rachuby Vaniek doniósł, że znakomita krowa musi się jeszcze pogotować dwie godziny, że w kuchni oficerskiej o jakimś befsztyku nawet mowy być nie może, więc zamiast befsztyku będzie się robiło gulasz.
Postanowiono, że przed wydawaniem jedzenia szeregowcy zdrzemną się troszkę, bo kolacja i tak będzie dopiero nad ranem.
Sierżant rachuby Vaniek przytaszczył skądciś wiązkę siana, położył się na niej w plebańskiej jadalni, nerwowo podkręcał wąsa i szeptem rzekł do porucznika Lukasza, który tuż obok odpoczywał na starej kanapie: