— Ach, ty zafajdana świńska bando — krzyczał na dziedzińcu — nauczyłbym ja was moresu, gdybyście mi oddali klucze!
— Posłusznie melduję — odpowiedział sierżant — że jestem obowiązany zamknąć pana majora razem z delikwentem i dla bezpieczeństwa pańskiego postawić przy drzwiach wartownika. Gdy Pan major będzie chciał wyjść, raczy zapukać do drzwi.
— Ty głuptasku jeden — rzekł major — ty pawianie, wielbłądzie, myślisz może, że ja się boję głupiego aresztanta, żebyś mi miał przystawiać straż, gdy go będę przesłuchiwał? Donnerwetter Sakrament, zamknijcie mnie w jego celi i wynoście się na zbity łeb!
W niszy nad drzwiami w okratowanej latarni kopciła lampka naftowa z przykręconym knotem i dawała zaledwie tyle światła, że major z trudem dostrzegł przebudzonego Szwejka, który cierpliwie czekał stojąc na baczność koło pryczy, co to będzie z tej nocnej wizyty.
Szwejk przypomniał sobie, że najlepiej będzie złożyć panu majorowi raport, i z raźną służbistością zawołał:
— Posłusznie melduję, panie majorze, jeden aresztowany szeregowiec, a poza tym nic się nie stało.
Major zapomniał nagle, po co tu przyszedł, więc rzekł tylko:
— Spocznij! Gdzie masz tego aresztowanego szeregowca?
— Posłusznie melduję, panie majorze, że to ja nim jestem — dumnie odpowiedział Szwejk.
Ale major nie przyjął do wiadomości tej odpowiedzi, bo wino i likiery pana generała dokonywały w jego mózgu ostatecznej reakcji. Ziewnął tak straszliwie, że każdy cywil przy takim ziewnięciu byłby sobie wywichnął szczękę. U majora owo ziewnięcie przerzuciło się jakimś osobliwym skojarzeniem w te ośrodki mózgu, w których człowieczeństwo przechowuje dar śpiewu, Zwalił się z miłą swobodą na pryczę Szwejka i głosem, jaki wydaje poderżnięte prosię, zaczął śpiewać: