Podporucznik Dub sam nie wiedział, jak to się stało, dość że chciał pokazać porucznikowi Lukaszowi, jak on umie jeździć, wskoczył na jakiegoś konia, a ten popędził ze swoim przygodnym jeźdźcem i znikł z nim w dolinie potoku, gdzie potem znaleziono podporucznika Duba solidnie tkwiącego w gęstym moczarze. Najzręczniejszy ogrodnik nie umiałby zaflancować go tak dobrze. Gdy przy pomocy sznurów wyciągnięto go z tego bagna, podporucznik nie skarżył się na nic, tylko z cicha pojękiwał, jakby konał. W takim stanie odstawiono go do lazaretu przy sztabie brygady.
Po kilku dniach odzyskał przytomność, tak iż lekarz oświadczył, że jeszcze dwa lub trzy razy każe wysmarować mu plecy i brzuch jodyną, a potem śmiało może rozpocząć na nowo służbę w swoim oddziale.
I oto teraz podporucznik Dub siedział u pułkownika Gerbicha i obaj opowiadali sobie o najróżniejszych chorobach.
Gdy podporucznik ujrzał Szwejka, krzyknął głosem wielkim, bowiem było mu już wiadomo o tajemniczym zniknięciu jego w okolicach Felsztyna.
— Aha, mamy cię nareszcie! Niejeden idzie w świat jako gałgan, a powraca jako bestia. I ty jesteś taka bestia.
Dla ścisłości trzeba dodać, że podporucznik Dub w czasie swojej przygody doznał lekkiego wstrząsu mózgu i dlatego nie należy się dziwić, że podchodząc do Szwejka, przemawiał wierszem i wzywał Boga do walki z nim:
— Wzywam Cię, Ojcze, patrz, dymem otulają mnie grzmiące działa, straszliwa leci ze świstem strzała nad głową, o władco bitew, Ojcze, wzywam Cię, abyś sprowadził klęskę na tego tutaj łobuza... Gdzieś ty się włóczył, gałganie? Jaki to mundur masz na sobie?
A dodać jeszcze trzeba, że pułkownik, dotknięty podagrą, wszystko w swojej kancelarii miał urządzone bardzo demokratycznie i był demokratą, jeśli akurat nie trapiła go podagra. Do kancelarii jego przybywały wszelkie możliwe szarże, aby słuchać jego poglądów na opuchły palec z wypocinami o zapachu skisłego rosołu wołowego.
W czasie gdy pułkownik Gerbich nie miewał ataków, w kancelarii jego bywało bardzo wesoło. Przesiadywali u niego różni oficerowie, bo pułkownik był bardzo miły, gdy go nie dręczyła choroba, lubił gawędzić i cieszył się, gdy miał dokoła siebie dużo słuchaczy, których raczył lepkimi anegdotami. Jemu sprawiało to wielką uciechę, a słuchaczy bawiło, że opowiadano im kawały, które były w obiegu jeszcze za generała Laudona.
Służba pod pułkownikiem Gerbichem była w takich czasach bardzo lekka, każdy robił, co mu się żywnie podobało, a gdziekolwiek przydzielony został Gerbich, tam kradzieże i oszustwa były na porządku dziennym, o czym wszyscy dobrze wiedzieli.