— Napiłbym się czegoś — westchnął grubasek optymista, a chudeusz popadł znowu w swój dawny sceptycyzm i rzekł, że to wszystko jest nędzna zdrada. Zaczął głośno oskarżać Szwejka, że to on wprowadził ich w taką sytuację, i gorzko mu wyrzucał, że im obiecał, iż jutro rano będzie powieszony, a teraz widać, że sobie z nich zakpił i z tą spowiedzią, i z tym wieszaniem.
Szwejk milczał i chodził przed drzwiami.
— Osły jesteśmy! — krzyczał wysoki chudy.
Wysłuchawszy wszystkich oskarżeń Szwejk ozwał się wreszcie:
— Teraz widzicie przynajmniej, że wojna to nie żaden miód. Ja spełniam swoją powinność. Dostałem się w to wszystko tak samo jak i wy, ale jak się to mówi, fortuna się do mnie uśmiechnęła.
— Napiłbym się czegoś — powtarzał zrozpaczony optymista.
Wysoki chudy wstał i krokiem chwiejnym podszedł ku drzwiom.
— Puść nas do domu — rzekł do Szwejka — i nie bałwań się, kolego.
— Odejdź ode mnie — odpowiedział Szwejk. — Muszę was pilnować. Nie znamy się.
We drzwiach ukazał się kapelan polowy.