— Czy tańczy pan czardasza? — pytał Szwejka. — A zna pan taniec niedźwiedzia? O, tak...
Chciał podskoczyć, ale zwalił się na Szwejka, który najpierw zboksował go, a potem ułożył na siedzeniu.
— Ja czegoś chcę! — krzyczał feldkurat. — Ale sam nie wiem czego. Może pan wie lepiej ode mnie? — Zwiesił głowę zupełnie zrezygnowany.
— Co mi zresztą do tego, czego chcę — rzekł poważnie. — I panu też nic do tego. Ja pana nie znam. Jak pan śmie spoglądać na mnie tak impertynencko? Zna się pan na fechtunku?
Przez chwilę był bardzo zaczepny i próbował zepchnąć Szwejka z siedzenia. Potem zaś, gdy Szwejk go uspokoił, bez wahania dając mu odczuć swoją przewagę fizyczną, feldkurat zapytał go:
— Czy dziś poniedziałek, czy piątek?
Zaciekawiało go też, czy to grudzień, czy czerwiec, przy czym wykazywał wielkie zdolności w zadawaniu przeróżnych pytań:
— Czy pan żonaty? Czy lubi pan ser Gorgonzola? Czy ma pan w domu pluskwy? Jak się panu powodzi? Czy pies pański miał nosaciznę?
Stał się bardzo rozmowny. Opowiadał, że winien jest szewcowi za buty do jazdy konnej, pejcz i siodło, że przed laty miał rzeżączkę i leczył ją hipermanganem.
— O niczym innym nie było można nawet myśleć — rzekł czkając. — Być może, iż wydaje się to panu dość przykre, ale niech pan... ech, ech, sam powie, co ja mam robić? Musi mi pan wybaczyć.