Ten logiczny wniosek, wysnuty z corocznej gościny przedstawiciela wielkiego browaru warszawskiego, sprawił, że porucznik uśmiechnął się łagodnie, co kupiec handlujący chmielem zauważył, i dlatego wywodził dalej:
— Węgierskie browary w Sopron i w Wielkiej Kaniży brały ode mnie chmiel na swoje piwo eksportowe, które wywoziły aż do Aleksandrii. Przeciętnie tysiąc worków chmielu. Dzisiaj odrzucają wszelkie oferty skutkiem blokady. Oferuję im chmiel o trzydzieści procent taniej, ale nie zamawiają nawet jednego worka. Stagnacja, upadek, bieda, a do tego jeszcze kłopoty domowe.
Kupiec zamilkł i dopiero pani Katy, ubrana w kostium podróżny, przerwała jego milczenie pytaniem:
— Co zrobimy z moimi kuframi?
— Pośle się po nie tragarza — rzekł kupiec, kontent, że wszystko skończyło się bez awantur i gorszących scen. — Jeśli chcesz jeszcze kupić sobie to i owo, to czas najwyższy, bo pociąg odchodzi o drugiej dwadzieścia.
Państwo pożegnali porucznika bardzo przyjaźnie, a kupiec tak był rad, że wszystko załatwione, iż na odchodnym w przedpokoju rzekł do niego:
— Gdyby pan, broń Boże, został raniony, niech pan przyjedzie do nas na wypoczynek. Będziemy opiekować się panem jak najtroskliwiej.
Powróciwszy do sypialni, gdzie pani Katy ubierała się przed podróżą, ujrzał porucznik na umywalni czterysta koron i bilet tej treści:
„Panie poruczniku! Nie wziął mnie pan w obronę wobec tej małpy, mego męża, idioty pierwszej klasy. Pozwolił pan, aby zabrał mnie z sobą niby jaką rzecz znalezioną przypadkowo. Przy tym pozwolił pan sobie zrobić uwagę, że zaproponował mi pan gościnę. Mam nadzieję, że nie spowodowałam panu wydatków większych niż załączone czterysta koron, którymi raczy się pan podzielić ze swoim służącym”.
Porucznik Lukasz stał przez chwilę z tym biletem w ręku, potem podarł go powoli, z uśmiechem spojrzał na pieniądze leżące na umywalni, a widząc, że zdenerwowana pani zapomniała grzebyk na stoliku przed lustrem, złożył go między inne swoje fetyszystyczne relikwie.