— Dwudziestego grudnia 1914. Tak, a teraz napiszcie adres na kopercie, weźcie tych czterysta koron, zamieście je na pocztę i wyślijcie je pod tym adresem.

I porucznik Lukasz zaczął wesoło pogwizdywać arię z operetki Rozwódka.

— Jeszcze jedno, mój Szwejku — zawołał porucznik, gdy Szwejk wybierał się na pocztę. — Czy znaleźliście jakiegoś psa dla mnie?

— Mam jednego na oku, panie oberlejtnant. Bardzo ładne zwierzę. Ale trudno będzie go nabyć. Mam wszakże nadzieję, że go jutro przyprowadzę. Gryzie.

6

Porucznik Lukasz nie dosłyszał już ostatniego słowa, chociaż było takie ważne.

„Gryzie ten gałgan jak wszyscy diabli — chciał Szwejk powtórzyć głośniej, ale dał spokój, pomyślawszy: — Co porucznikowi do tego. Chce psa, będzie miał psa”.

Łatwo to powiedzieć: „Przyprowadźcie mi psa!” Właściciele psów są bardzo ostrożni i pilnują ich, choćby psiska nie miały z rasą nic wspólnego. Nawet właścicielka zwyczajnego Medorka, który nic innego nie robi, tylko ogrzewa nogi staruszce, też go lubi i nie da mu zrobić krzywdy.

Każdy pies, osobliwie rasowy, sam musi mieć na tyle instynktu, aby wiedzieć, że pewnego pięknego poranku zostanie zabrany swemu panu. Toteż każdy taki pies żyje w bezustannym strachu, że będzie skradziony, że musi być skradziony. Na przykład podczas spaceru pies odbiega od swego pana, jest zrazu wesoły i zbytkuje. Bawi się z innymi psami, włazi na nie niezdarnie, a one na niego, obwąchuje kamienie przydrożne, zadziera łapkę na każdym rogu i przy każdym koszu handlarki ulicznej, jednym słowem, cieszy się z życia, a świat wydaje mu się taki piękny jak młodzieńcowi po maturze.

Raptem wszakże daje się zauważyć, że jego wesołość znika, pies spostrzega, że się zgubił. I nagle wpada w wielką rozpacz. Biega tam i sam po ulicy, skowyczy w swojej bezradności, ogon wciąga między nogi, uszy kładzie po sobie i jak oszalały pędzi, sam nie wiedząc gdzie. Gdyby umiał mówić, toby z pewnością powiedział: