Potem przeszła obok niego ta, która psa pilnowała. Była to niewiasta nie pierwszej młodości, z warkoczami zgrabnie upiętymi dokoła głowy. Pogwizdywała na psa i bawiła się łańcuszkiem oraz eleganckim biczykiem.

Szwejk przemówił do niej:

— Przepraszam, panienko, którędy idzie się na Żiżkov?

Przystanęła i spojrzała na niego, czy to aby nie kpiarz jaki, ale poczciwa twarz Szwejka przekonała ją, że ten żołnierz naprawdę chce iść na Żiżkov. Wyraz jej twarzy zmiękł i chętnie zaczęła mu tłumaczyć, jak to się idzie na ten Żiżkov.

— Bo ja dopiero niedawno zostałem przeniesiony do Pragi — mówił Szwejk. — Ja nietutejszy. Jestem z prowincji, a panienka też widać nie z Pragi.

— Ja z Vodnian — odpowiedziała.

— No to pochodzimy z tych samych stron — odpowiedział Szwejk. — Ja z Protivina.

Znajomość geografii czeskiego południa, którą Szwejk przyswoił sobie kiedyś podczas manewrów, napełniła serce dziewczyny regionalnym ciepłem.

— To zna pan w Protivinie na rynku rzeźnika Pejchara?

— Jakże go nie znać? To mój kuzyn. Bardzo go tam u nas wszyscy lubią — mówił Szwejk — to człowiek dobry, usłużny, ma dobre mięso i dobrze waży.