Nie wiem, czy udało mi się wyrazić w tej książce to, co zamierzałem. Już sam fakt, iż słyszałem, jak jeden człowiek wymyślał drugiemu: „Jesteś głupi jak Szwejk” — zdaje się świadczyć o czymś przeciwnym. Jeśli wszakże słowo „Szwejk” stanie się nowym wyzwiskiem w kwiecistym wieńcu obelżywych epitetów, będę musiał zadowolić się takim wzbogaceniem języka czeskiego.
Jarosław Haszek
Tom drugi. Szwejk na froncie
I. Przygody Szwejka w pociągu
W przedziale drugiej klasy pociągu pośpiesznego Praga–Czeskie Budziejowice siedziało trzech pasażerów: porucznik Lukasz, naprzeciwko którego siedział starszy, zupełnie łysy pan, i Szwejk, który stał skromnie przy drzwiach wiodących na korytarz i szykował się akurat do wysłuchania nowego wybuchu gniewu swego porucznika. Ten, nie zwracając uwagi na obecność łysego cywila, dawał upust swej złości na Szwejka, wywodząc mu przez cały czas podróży, że jest bydlęciem Pana Boga itp.
Chodziło właściwie o drobnostkę, o liczbę tobołów, którymi Szwejk się opiekował.
— Skradli nam kufer — przedrzeźniał porucznik Szwejka. — Łatwo ci powiedzieć takie słowo, ty drabie!
— Posłusznie melduję, panie oberlejtnant — głosem cichym odezwał się Szwejk — że naprawdę go skradli. Po dworcach zawsze się włóczy dużo takich indywiduów, a ja wyobrażam sobie, że jednemu z nich musiał się bezwarunkowo spodobać pański kufer i że ten człowiek bezwarunkowo skorzystał z okazji, kiedy oddaliłem się od bagażu, żeby panu zameldować, że z bagażem naszym wszystko jest w porządku. Mógł on ten nasz kufer skraść tylko w takim pomyślnym momencie. Na taki moment oni tylko czekają. Przed dwoma laty na Północno-Zachodnim Dworcu skradli pewnej pani wózek dziecinny razem z dziewczynką w poduszkach, ale byli tacy szlachetni, że dziewczynkę oddali w komisariacie policji na naszej ulicy; niby to znaleźli ją podrzuconą w bramie. Potem gazety zrobiły z tej nieszczęsnej pani wyrodną matkę.
Po czym Szwejk oświadczył z całym naciskiem:
— Na dworcach kradło się zawsze i będzie się kradło dalej. Inaczej nie można.