— No, no, żeby się tylko nie okazało co innego — napominał go wachmistrz przypinając służbowy rewolwer. — Pójdę z panem.
— To bardzo dobry rewolwer — mówił do Szwejka po drodze — siedmiostrzałowy i strzela bardzo precyzyjnie.
Zanim wyszli na dwór, wachmistrz zawołał frajtra i rzekł mu sekretnie:
— Bajonett auf, jak już będzie w środku, staniecie za wychodkiem, żeby nam się nie przekopał przez gnojowisko.
Wychodek był to mały, zwyczajny szalecik drewniany, sterczący rozpaczliwie na środku podwórza nad gnojowiskiem i sąsiadujący z pobliską kupą nawozu.
Był to już stary weteran, w którym załatwiały swoje potrzeby całe pokolenia. Teraz siedział w nim Szwejk przytrzymując jedną ręką drzwi za sznurek, podczas gdy od tyłu frajter spoglądał mu na zadek, żeby się aresztant nie przekopał przez gnojowisko.
Zaś jastrzębie oczy wachmistrza żandarmerii nie odwracały się ani na chwilę od drzwi; wachmistrz rozmyślał nad tym, w którą nogę należałoby postrzelić Szwejka, gdyby próbował uciec.
Ale drzwi otwarły się spokojnie, z szaletu wyszedł zadowolony Szwejk i zwracając się do wachmistrza pytał:
— Czy nie siedziałem zbyt długo? Może pan nie ma czasu?
— O, bynajmniej, bynajmniej — odpowiedział wachmistrz, a w duchu pomyślał: „Co za delikatny, wytworny człowiek. Wie, co go czeka, ale trzeba przyznać, że do ostatniej chwili jest przyzwoity. Czy ktoś z naszych na jego miejscu umiałby się tak zachować?”