— Jestem gotów, panowie. Mniemam, że krata znaczy to samo, co separacja, a to jeszcze nie najgorsze.
— Nie pytlujcie nam tu za wiele — odpowiedział policjant, na co Szwejk zareplikował:
— Jestem całkiem skromny i wdzięczny za wszystko, co panowie dla mnie uczynić raczą.
W celi siedział na pryczy mąż niejaki w głębokiej zadumie. Siedział apatycznie. Gdy klucz zazgrzytał w zamku, miał taką minę, jakby ani przez chwilę nie przypuszczał, że otwierają drzwi, aby go wypuścić na wolność.
— Moje uszanowanie wielmożnemu panu — rzekł Szwejk osiadając obok niego na pryczy. — Która też może być godzina?
— Ja na godzinę gwiżdżę — odpowiedział mąż zamyślony.
— Jest tu nie najgorzej — nawiązywał Szwejk rozmowę — na przykład ta prycza jest z drzewa heblowanego.
Poważny człowiek nie odpowiedział, ale wstał i zaczął chodzić po celi krokiem szybkim, przemierzając przestrzeń między pryczą a drzwiami, jakby się śpieszył i pragnął coś uratować.
Tymczasem Szwejk z dużym zainteresowaniem przyglądał się napisom nagryzmolonym na ścianach. Był tam na przykład jeden napis, którego autor przysięgał niebu toczyć z policją walkę na śmierć i życie. Tekst był taki:
„Dam ja wam, dranie”.