— Skądże miałbym pogardzać, mój chłopcze! — zawołał głosem rozradowanym pater. — Napiję się za naszą szczęśliwą podróż.
— Jezus Maria! — sapnął kapral widząc, że po łyku oberfeldkurata pozostało w butelce niewiele araku.
— Moi drodzy — rzekł oberfeldkurat uśmiechając się i mrugając znacząco do jednorocznego ochotnika — dobrze jest na świecie, a tu sobie jeszcze niektórzy urągają. Pan ich za to skarze.
Pater łyknął jeszcze raz araku i podając resztę Szwejkowi, rozkazał tonem komendy:
— Dorżnij, bracie!
— Wojna to wojna — rzekł Szwejk z uśmiechem do kaprala oddając mu pustą butelkę, co kapral skwitował takim dziwnym błyskiem oczu, jaki się widuje tylko u szaleńców.
— A teraz przed Wiedniem jeszcze troszeczkę podrzemię — rzekł kapelan — i życzę sobie, abym został przebudzony, jak tylko dojedziemy do Wiednia.
A wy — zwrócił się do Szwejka — pójdziecie do kuchni i przyniesiecie mi obiad. Powiecie tam, że to dla pana oberfeldkurata Laciny. Kierujcie się tak, żeby wam dali podwójną porcję. Gdyby były knedle, to nie bierzcie od czubka, bo na tym się tylko traci. Następnie przyniesiecie mi z kuchni butelkę wina, weźmiecie też ze sobą menażkę i każecie sobie nalać do niej rumu.
Pater Lacina zaczął szukać czegoś po kieszeniach.
— Słuchajcie no — zwrócił się do kaprala — nie mam drobnych. Pożyczcie mi dwie korony. — Wziął pieniądze z ręki kaprala i podając je Szwejkowi mówił: — Macie tu za fatygę. Jak się nazywacie?