Trzasnął obcasami, zasalutował i wyszedł do sieni. Na schodach nie było żadnych śladów walki, bo wszystko zgodnie z przewidywaniem Vodiczki poszło bardzo gładko. Tylko na dole, koło bramy, znalazł Szwejk rozdarty biały kołnierzyk. Tutaj rozegrał się widać ostatni akt tragedii, gdy pan Kakonyi trzymał się bramy i rozpaczliwie się bronił, aby nie być wywleczonym na ulicę.

Natomiast na ulicy był ruch niezgorszy. Pana Kakonyi zaciągnięto do pobliskiej bramy, gdzie polewano go wodą, a na środku ulicy saper Vodiczka jak lew walczył z kilku honwedami-huzarami, którzy stanęli w obronie swego ziomka. Wywijał on bagnetem na pasie jak cepem. Walczył po mistrzowsku, ale nie walczył sam. Ramię przy ramieniu walczyło obok niego kilku żołnierzy czeskich z różnych pułków. Przechodzili akurat ulicą i pośpieszyli ziomkowi z pomocą.

Szwejk opowiadał później, że sam nie wie, jak się wplątał w tę całą awanturę; że nie miał bagnetu, więc opędzał się kijem, który mu się do rąk przyplątał, a był własnością jakiegoś wystraszonego świadka tej bijatyki.

Awantura trwała dość długo, ale nawet najpiękniejsze rzeczy mają swój koniec. Nadeszło wojsko z bereitschaftu i zabrało z sobą uczestników walki.

Szwejk maszerował obok Vodiczki ze swoim kijem, który przez komendanta bereitschaftu uznany został jako corpus delicti.

Szedł krokiem równym, trzymając kij na ramieniu niby karabin.

Stary saper Vodiczka przez cały czas milczał uparcie i dopiero gdy wchodzili na odwach, rzekł melancholijnie do Szwejka:

— A co, nie mówiłem ci, że Madziarów nie znasz?

IV. Nowe cierpienia

Pułkownik Schröder z zadowoleniem spoglądał na bladą twarz porucznika Lukasza, który miał duże sine kręgi pod oczyma; porucznik, zakłopotany, nie patrzył w twarz swego zwierzchnika, ale ukradkiem, jakby studiował jakieś ważne zagadnienie, spoglądał na mapę dyslokacji wojsk w obozie. Mapa ta była jedyną ozdobą całej kancelarii pułkownika.