Zadzwonił telefon. Feldfebel rachuby podszedł do słuchawki. Porucznik Lukasz pytał, co się stało z konserwami. Słychać było jakieś ostre wyrzuty.
— Naprawdę nie ma, panie oberlejtnant! — wołał Vaniek. — Skąd by się miały wziąć, kiedy to jest tylko fantazja intendentury. Całkiem niepotrzebnie wysyłało się tam tych ludzi. Ja chciałem do pana telefonować... Proszę?... Że w kantynie byłem? Kto to mówił? Ten okultysta kucharz z kuchni oficerskiej? Pozwoliłem sobie zajść tam na chwilę. Wie pan, jak ten okultysta nazwał tę panikę z powodu owych konserw? „Grozą nienarodzonego”. Bynajmniej, panie oberlejtnant. Jestem zupełnie trzeźwy. Szwejk? Jest w kancelarii. Czy każe go pan zawołać? Szwejk, do telefonu — rzekł feldfebel rachuby i ciszej dodał: — Gdyby się pytał, w jakim stanie wróciłem, to powiedz pan, że w porządku.
Szwejk stanął przy telefonie i meldował:
— Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, Szwejk.
— Słuchajcie no, Szwejku, jak jest z tymi konserwami? Czy to w porządku?
— Nie ma konserw, panie oberlejtnant. Ani śladu konserw.
— Życzyłbym sobie, Szwejku, żebyście się co dzień rano meldowali u mnie, dopóki jesteśmy w obozie. Po wyjeździe będziecie stale przy mnie. Co robiliście w nocy?
— Siedziałem przez całą noc przy telefonie.
— Co nowego?
— To i owo, panie oberlejtnant.