Weszli dwaj aniołowie z karabinami przewieszonymi przez lewe skrzydła. Biegler poznał w nich Matuszicza i Batzera.
Z ust Pana Boga zabrzmiał rozkaz:
— Wrzucić go do latryny!
Kadet Biegler zapadał się gdzieś w straszliwy smród.
*
Naprzeciwko śpiącego kadeta Bieglera siedział Matuszicz ze służącym kapitana Sagnera Batzerem i ciągle jeszcze grali w zechcyka.
— Stink awer d’ Kerl wie a’ Stockfisch — rzucił Batzer, który z zainteresowaniem przyglądał się, jak śpiący kadet zwija się na ławie i kręci. — Muss’ d’ Hosen voll ha’n.
— Taka rzecz może się zdarzyć każdemu — rzekł filozoficznie Matuszicz. — Daj mu spokój: przebierać go przecież nie będziesz. Lepiej rozdaj karty.
Nad Budapesztem widać już było łunę świateł, a po Dunaju przeskakiwały błyski reflektora.
Kadetowi Bieglerowi śniło się teraz coś innego, bo przez sen mówił: