Wreszcie przyjęty został projekt jednorocznego ochotnika Marka, żeby pić podług alfabetu; uzasadniał to tym, że pisownia nazwiska przesądza losy człowieka.

Resztę koniaku dopił Chodounsky, który był pierwszy według abecadła. Towarzyszyło mu gniewne spojrzenie Vańka, który liczył na to, że ponieważ jest ostatnim, więc będzie miał o jeden łyk więcej, co oczywiście było grubym błędem matematycznym, bo łyków było dwadzieścia i jeden.

Potem grali w stukułkę, a jednoroczniak Marek wygłaszał przy dokupywaniu kart mnóstwo nabożnych sentencji zaczerpniętych z Pisma świętego.

Gdy dostał waleta, wołał:

— Panie mój, poniechaj mi tego waleta i tym razem, aby mi owoce dobrego przyniósł, zanim nawozić i orać będę.

A gdy wszystkich ogarniał gniew, że dobierając karty stale dostawał atu, nawet gdy wyciągał ósemkę, wtedy jednoroczny ochotnik Marek wołał wielkim głosem:

— Azali niewiasta, mająca groszy dziesięć, a zgubiwszy jeden, nie zapaliłaby świecy, nie przetrząsnęłaby domu swego, póki nie znajdzie grosza onego? A skoro znalazła, zwoła sąsiady swe i przyjaciółki serca swego, wołając: „Radujcie się, albowiem dostałam ósemkę i dokupiłam atutowego króla wraz z asem”. Dajcie już te karty, wszyscyście wpadli.

Jednoroczny ochotnik Marek miał doprawdy wyjątkowe szczęście w kartach. Podczas gdy inni przebijali sobie nawzajem atuty, on bił te przebite już lewy zawsze najwyższym atu, tak że jeden za drugim niesłusznie wpadali, a jednoroczny ochotnik Marek brał lewę za lewą i wołał do przegrywających:

— I nastanie po miastach wielkie trzęsienie ziemi i głód, i zaraza, a ogniste znaki na niebie pokazywać się będą.

Wreszcie wszyscy mieli już tego dość; przestali więc grać, gdy telefonista Chodounsky oświadczył, że przegrał swój żołd za całe półrocze naprzód. Był tym bardzo zgnębiony, a Marek domagał się rewersów, aby przy wypłacie żołdu należność wypłacana była nie Chodounskiemu, lecz jemu.