— Okolica była zupełnie taka sama jak tutaj, tylko że nie maszerowali tak „feldmässig”, bo wtedy nawet nikt nie wiedział, co to są zapasowe konserwy. Jeśliśmy czasem fasowali konserwy, tośmy je na najbliższym noclegu zeżarli, a zamiast puszki wkładaliśmy do plecaka cegłę. W jednej wsi przybyła inspekcja i powyrzucała nam cegły z plecaków, a było ich tyle, że z tych cegieł jakiś człowiek wybudował sobie później domek rodzinny.

Po chwili Szwejk maszerował przy koniu porucznika Lukasza i opowiadał o pocztach polowych:

— Ładna była ta mowa i każdemu jest bardzo przyjemnie, gdy mu do wojska poślą jaki ładny list z domu. Ale gdy ja służyłem przed laty w wojsku w Budziejowicach, to dostałem całego kramu tylko jeden list, który noszę zawsze przy sobie.

Szwejk wyjął z brudnego i wymiętego portfelu zatłuszczony list i dotrzymując kroku koniowi porucznika Lukasza, który popędzał swego wierzchowca, czytał:

„Ty łobuzie obrzydliwy, ty morderco i łotrze! Pan kapral Krzyż przyjechał do Pragi na urlop, więc z nim tańcowałam »Pod Indykami«, a on mi opowiadał, że ty w Budziejowicach tańcujesz »Pod Zieloną Żabą« z jakąś głupią flądrą i że mnie już na dobre puściłeś kantem. Żebyś wiedział, że list ten piszę w wychodku na desce koło dziury i już koniec z nami. Twoja dawna Bożena. Aha, żebym nie zapomniała. Ten kapral to majster i będzie cię szykanował porządnie, bo go o to prosiłam. I jeszcze muszę ci napisać, że mnie nie znajdziesz śród żyjących, jak przyjedziesz na urlop”.

Naturalnie — wywodził Szwejk biegnąc łagodnym truchcikiem — kiedy przyjechałem na urlop, to była między żyjącymi, i jeszcze między jakimi żyjącymi! Spotkałem się z nią także „Pod Indykami”, gdzie ubierali ją dwaj żołnierze z jakiegoś obcego pułku, a jeden z nich był taki żwawy, że publicznie sięgał pod jej sukienkę, jakby chciał, posłusznie melduję, panie oberlejtnant, wydostać stamtąd puszek jej niewinności, jak się wyraża powieściopisarka, pani Winczesława Lużicka, albo też jak to w podobny sposób odezwała się na lekcji tańca pewna szesnastoletnia panienka do gimnazisty, który w tańcu uszczypnął ją w ramię: „Panie, pan starł puszek mego panieństwa!” — i wybuchła płaczem. Oczywiście, że wszyscy się z tego śmieli, a jej matka, która ją tam pilnowała, wyciągnęła swoją głupią na korytarz i sprała ją po łbie. Ja, proszę pana oberlejtnanta, jestem zdania, że wiejskie dziewczyny są jednak szczersze niż te mizdrzące się panienki miejskie, które chodzą na lekcje tańca. Kiedy przed laty staliśmy w obozie w Mniszku, to chodziłem na tańce do „Starego Knina”, namówiłem tam sobie niejaką Karolinę Veklev, ale nie bardzo się jej podobałem. Pewnego niedzielnego wieczora poszedłem z nią nad staw, usiedliśmy sobie na grobli, a gdy słońce zachodziło, zapytałem się jej, czy mnie lubi. Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że wieczór był ciepły, wszystkie ptaszki śpiewały, a ona mi odpowiedziała z okrutnym śmiechem: „Owszem lubię cię jak zadrę w dupie. Przecież jesteś głupi”.

A ja byłem naprawdę głupi, taki straszliwie głupi, bo, posłusznie melduję, panie oberlejtnant, chodziliśmy po miedzach w wysokim zbożu, gdzie nie było żywego ducha, i nawet nie przysiedliśmy, a ja pokazywałem jej ciągle całe to błogosławieństwo boże i mówiłem jej, ja głupi, tej wiejskiej dziewczynie, że to jest żyto, a to pszenica, a tamto znowu owies.

Jakby na potwierdzenie tego owsa gdzieś na czele kolumny dobrzmiewały głosy żołnierzy śpiewających pieśń, z którą pułki czeskie chodziły już pod Solferino, aby krwawić się i ginąć za Austrię:

A gdy było po północy,

Owies z worka wyskoczył.