Tymczasem zbudził się i oprzytomniał podporucznik Dub, podrzucany na wszystkie strony sanitarną dwukółką, na której go ulokowano. Nie oprzytomniał wprawdzie na dobre, ale zdołał się już usadowić i wychylić z wózka. Zaczął krzyczeć na sztab kompanii, który maszerował sobie swobodnie w pobliżu, ponieważ wszyscy, począwszy od Balouna aż po Chodounskiego, poukładali swoje toboły na dwukółkach. Tylko Szwejk kroczył statecznie z plecakiem na ramionach i z karabinem zawieszonym po dragońsku na piersi. Palił fajkę i śpiewał:
Gdyśmy szli do Jaromierza,
Niech nam wierzą czy nie wierzą,
Dostaliśmy tam wieczerzę...
Dalej niż na pięćset kroków przed podporucznikiem Dubem wznosiły się nad szosą chmury kurzu, otaczające żołnierzy gęstą mgłą. Podporucznik Dub, który odzyskał tymczasem swój zapał wojenny, wychylił się z dwukółki i zaczął ryczeć w te kłęby kurzu:
— Żołnierze! Nasze wzniosłe zadanie jest trudne! Oczekują nas ciężkie marsze, najróżniejsze niedostatki, braki wszystkiego i różne udręki! Ale z całkowitym zaufaniem oczekuję od was dowodów wytrwałości, pokażcie, jaką macie silną wolę!
— Ach, ty wole! — zrymował Szwejk.
Podporucznik Dub improwizował dalej:
— Dla was, żołnierze, żadna przeszkoda nie jest tak wielką, byście nie zdołali jej pokonać! Jeszcze raz, żołnierze, powtarzam wam, że nie prowadzę was ku zwycięstwu łatwemu. Twardy to dla was będzie orzech do zgryzienia, ale wy go zgryziecie! A dzieje wieków głosić będą waszą chwałę!
— Nabierz wody w gębę, bo dostaniesz w pałę... — deklamował Szwejk.