— Zum Befehl, panie lejtnant — zasalutował Szwejk. — Pewnego razu czytałem, posłusznie melduję, że była wielka bitwa i że w tej bitwie poległ jakiś szwedzki król razem z koniem. Obie padliny wyprawiono do Szwecji i teraz te dwa trupy stoją wypchane w muzeum w Sztokholmie.
— Skąd masz takie wiadomości, ty parobku? — wrzasnął podporucznik Dub.
— Posłusznie melduję, panie lejtnant, że od swego brata, profesora.
Podporucznik Dub odwrócił się, splunął i popychając przed sobą kadeta Bieglera zmierzał ku sieni, przez którą szło się na górę. Ale nie wytrzymał, obrócił się we drzwiach i z nieubłaganą surowością rzymskiego cesarza, decydującego o losach gladiatora zranionego w cyrku, zrobił gest kciukiem prawej dłoni i krzyknął na Szwejka:
— Palce na dół!
— Posłusznie melduję — krzyczał za nim Szwejk — że już są na dole!
*
Kadet Biegler był słaby jak mucha. Przeszedł w ciągu niedługiego czasu przez kilka stacji cholerycznych i po wszystkich manipulacjach, które przedsiębrano wobec niego jako podejrzanego o cholerę, przyzwyczaił się stale popuszczać w spodnie. Aż wreszcie dostał się w ręce jakiegoś porządnego specjalisty pewnej stacji cholerycznej, gdzie nie znaleziono w jego wydzielinach żadnych bakterii cholerycznych, zahartowano mu kiszki taniną i wyłatano je w ogóle tak dobrze, że kadet Biegler mógł wreszcie zostać wysłany do najbliższego dowództwa etapu jako „frontdiensttauglich”, chociaż biedak ledwo się trzymał na nogach po wszystkich kuracjach szpitalnych.
Ów specjalista był człowiekiem wielkiej zacności.
Gdy kadet Biegler zwracał mu uwagę, że czuje się bardzo słaby, ten odpowiedział mu z uśmiechem: