W krótki czas po osiedleniu się w Motiers-Travers, mając wszelkie możliwe gwarancje, że mnie tam zostawią w spokoju, przybrałem strój armeński. Nie była to myśl nowa: przychodziła mi wiele razy do głowy w ciągu mego życia, zwłaszcza w Montmorency, gdzie obfity użytek sond, zmuszając mnie często do przebywania w pokoju, dał mi uczuć wygodę długiej szaty. Pewien krawiec armeński odwiedzał często swego krewnego osiadłego w Montmorency228; ten zbieg okoliczności skusił mnie, aby przybrać ten nowy strój, bez oglądania się na sądy ludzkie, o które troszczyłem się bardzo mało. Zanim wszelako przybrałem ten nowy kostium, zasięgnąłem zdania pani de Luxembourg, która bardzo mi go doradzała. Poleciłem tedy sporządzić sobie małą garderobę armeńską; ale burza, która podniosła się przeciw mnie, kazała mi odłożyć jej użytek aż do spokojniejszych czasów. Dopiero w kilka miesięcy później w Motiers, zmuszony wskutek napadów cierpienia powrócić do sondy, sądziłem, iż mogę bez obawy przywdziać ten strój. Zasięgnąłem zdania miejscowego pastora, który oświadczył, iż mogę go nosić nawet w świątyni bez zgorszenia. Przywdziałem tedy kamizelkę, suknię, watowaną czapkę, pas; skoro zaś wziąłem udział w tym odzieniu w służbie bożej, nie widziałem żadnej przeszkody, aby go nosić u milorda marszałka. Jego ekscelencja, widząc mnie tak ubranym, rzekł po prostu tylko: „Salamaleki229”, po czym nie było już o tym mowy i odtąd nie nosiłem innego ubrania.
Opuściwszy zupełnie literaturę, myślałem już jedynie o tym, aby prowadzić życie spokojne i miłe, o ile to będzie zależało ode mnie. Gdy byłem sam, nie znałem nigdy, co nuda, nawet w zupełnej bezczynności: wyobraźnia moja, wypełniając wszelką próżnię, wystarcza najzupełniej, aby mnie zająć bez obcej pomocy. Jedynie bezczynnego paplania w pokoju, kiedy ludzie siedzą sobie nawzajem na głowach i ruszają tylko językiem, nie mogłem nigdy znosić. Kiedy człowiek jest w ruchu, kiedy się przechadza, ujdzie jeszcze; przynajmniej nogi i oczy są czymś zatrudnione; ale siedzieć tak z założonymi rękami i mówić o pogodzie i o muszkach, które latają w powietrzu, albo co jeszcze gorsze, świadczyć sobie nawzajem — to męka wprost nie do zniesienia. Postanowiłem, aby nie żyć jak dziki, nauczyć się robić siatkę. Idąc w odwiedziny, brałem swoją poduszeczkę lub też obyczajem kobiet siedziałem z robótką przed drzwiami i gwarzyłem z przechodzącymi. To mi pozwalało ścierpieć nicość tego szczebiotu i spędzać bez uczucia nudy czas u sąsiadek, z których niektóre były dość miłe i nie pozbawione dowcipu. Jedna między innymi, nazwiskiem Izabela d’Ivernois, córka generalnego prokuratora w Neuchâtel, wydała mi się godna, aby się z nią bliżej zaprzyjaźnić. Nie wyszła źle na tym: zawdzięcza mi wiele użytecznych rad oraz usług, które oddałem jej w ważnych okolicznościach; tak iż obecnie, stawszy się cnotliwą i zacną matką rodziny, mnie może winna jest swój rozsądek, męża, życie i szczęście. Ja ze swej strony zawdzięczam jej nader słodkie chwile, zwłaszcza podczas bardzo smutnej zimy, kiedy w czasie największych mych cierpień i niedoli przychodziła spędzać z Teresą i ze mną długie wieczory. Wydawały się nam one bardzo krótkie dzięki urokowi jej umysłu i słodyczy wzajemnych wynurzeń. Nazywała mnie „ojczulkiem”, ja ją „córuchną”, a imiona te, które dajemy sobie jeszcze, nie przestały, jak mniemam, być jej równie drogie jak mnie. Aby moje siatki zdały się na coś, robiłem z nich podarki swoim młodym przyjaciółkom, kiedy szły za mąż, pod warunkiem, że będą same karmić dzieci. Starsza siostra panny d’Ivernois dostała z tego tytułu jedną taką siatkę i zasłużyła na nią; Izabela dostała również i zasłużyła nie mniej przez intencję, ale nie miała tego szczęścia, aby móc uskutecznić swój zamiar. Posyłając im te siatki, napisałem do obu listy, z których pierwszy krążył po świecie w odpisach. Sercu Izabeli nie odpowiadało tyle rozgłosu: przyjaźń nierada się otacza takim hałasem.
Między stosunkami, które zawarłem w sąsiedztwie, a w których szczegóły nie będę wchodził, trzeba mi zanotować znajomość z pułkownikiem Pury230. Miał domek w górach, gdzie spędzał zazwyczaj lato. Nie było mi pilno do tej znajomości, ponieważ wiedziałem, że jest bardzo źle notowany na dworze i u milorda marszałka, do którego nie miał wstępu. Mimo to, ponieważ mi złożył wizytę i okazał wiele uprzejmości, trzeba było i mnie odwiedzić go z kolei; stosunki zadzierzgnęły się i niekiedy nawet jadaliśmy u siebie wzajem. Poznałem u niego pana du Peyrou231, z którym później łączyły mnie stosunki przyjaźni zbyt bliskiej, abym mógł poniechać wzmianki o nim.
Pan du Peyrou był to Amerykanin, syn gubernatora Surinamu, którego wdowę zaślubił następca jego, pan de Chambrier z Neuchâtel. Owdowiawszy po raz wtóry, pani de Chambrier osiedliła się wraz z synem w ojczyźnie drugiego męża. Du Peyrou, jedynak, bardzo bogaty i tkliwie kochany przez matkę, otrzymał dość staranne wychowanie, z którego umiał skorzystać. Nabył wiele półwiadomości, posiadł niejakie zamiłowanie do sztuk, zwłaszcza pochlebiał sobie, iż doprowadził rozum do wysokiej kultury. Holenderskie jego wzięcie, chłodne i filozoficzne, milczący i skryty charakter, wielce sprzyjały temu mniemaniu. Był głuchy i pedogryczny, mimo że jeszcze młody. Nadawało to wszystkim jego ruchom wiele umiarkowania, powagi; mimo że lubił dysputy, niekiedy nawet przydługie, na ogół mówił mało, ponieważ nie słyszał. Wszystkie te pozory zaimponowały mi. Mówiłem sobie: „Oto myśliciel, rozumny człowiek, jakiego pragnęłoby się mieć za przyjaciela”. Aby mnie do reszty załapać, często zwracał się do mnie z rozmową, ale nigdy nie świadczył mi żadnych komplementów: mówił mało o mnie, mało o moich książkach, bardzo mało o sobie. Nie był pozbawiony sądu o rzeczach i wszystko, co mówił, było na ogół dość trafne. Ten takt i równość usposobienia pociągnęły mnie. Nie miał ani górności myśli, ani przenikliwości milorda marszałka, ale miał jego prostotę — to już znaczyło przypominać go bodaj w czymś. Nie zapaliłem się doń zbytnio, ale przywiązałem się uczuciem szacunku, a niebawem szacunek ten sprowadził przyjaźń. Zapomniałem wobec niego zupełnie o zarzucie, jaki uczyniłem baronowi d’Holbach, że jest za bogaty; zdaje mi się, żem źle uczynił. Nauczyłem się wątpić, aby człowiek cieszący się wielkim majątkiem, bez względu zresztą na inne przymioty, mógł szczerze kochać moje zasady i ich autora.
Przez dość długi czas rzadko widywałem pana du Peyrou, ponieważ ja nie bywałem w Neuchâtel, on zaś bywał tylko raz na rok w letnim mieszkaniu pułkownika Pury. Czemu nie bywałem w Neuchâtel? Było to dzieciństwo, którego nie należy mi zamilczeć.
Mimo iż otoczony opieką króla i milorda marszałka, jeżeli uniknąłem zrazu prześladowania w mym schronieniu, nie uniknąłem jednak szemrania publiczności, urzędników, pastorów. Po haśle danym przez Francję byłoby wręcz w złym tonie nie uczynić mi bodaj jakiej zniewagi: ten, kto by nie szedł za przykładem mych prześladowców, obawiałby się, iż mu to poczytają za ich krytykę. Klasa rządząca w Neuchâtel, to znaczy związek pastorów, dał pobudkę, starając się podburzyć przeciw mnie Radę Stanu. Skoro to usiłowanie spełzło na niczym, zwrócili się do burmistrza, który polecił natychmiast wstrzymać obieg mej książki. Co więcej, starał się we wszelkiej okoliczności okazać mi swą niechęć i dawał do zrozumienia, a nawet mówił głośno, że gdybym pragnął osiedlić się w samym mieście, nie ścierpiano by mego pobytu. Napełnili swego „Merkurego” bredniami pełnymi najbardziej płaskiego świętoszkostwa, które, pobudzając do śmiechu rozsądnych ludzi, roznamiętniły wszelako lud i podburzyły go przeciw mnie. Wszystko to nie przeszkadzało im głosić, iż powinienem być bardzo wdzięczny za łaskę, jaką mi czynią, pozwalając żyć spokojnie w Motiers, gdzie nie mieli żadnej władzy. Byliby mi chętnie odmierzali powietrze na łuty232, pod warunkiem, żebym je drogo opłacił. Żądali, abym był wdzięczny za opiekę, której król użyczał mi wbrew nim, a którą bez ustanku silili się mi odjąć. Wreszcie, nie mogąc tego uzyskać, wyrządziwszy mi tyle złego, ile mogli, i osławiwszy233 mnie na wszelkie sposoby, uczynili sobie zasługę ze swej niemocy, każąc mi wielbić dobroć, z jaką godzili się cierpieć mnie na swojej ziemi. Należałoby rozśmiać się w nos za całą odpowiedź: byłem na tyle głupi, iż czułem się dotknięty, i na tyle niedorzeczny, iż wzdragałem się postawić nogę w Neuchâtel. Postanowienia tego dochowałem blisko dwa lata, jak gdyby to nie było zbyt wiele zaszczytu dla podobnych ciurów, aby zwracać uwagę na ich postępki, które, dobre czy złe, nie mogą iść na ich rachunek, ponieważ tego rodzaju ludzie zawsze działają jedynie z obcej pobudki. Zresztą, umysły bez kultury i światła, nie znające innego przedmiotu godnego szacunku jak wpływy, władza i pieniądze, bardzo dalekie są nawet od podejrzewania, iż mogą obowiązywać niejakie względy dla talentu i że hańbą jest znieważać go.
Pewien wójt małej mieściny, usunięty z posady za jakieś malwersacje, wyraził się do starosty z Val-de-Travers, męża Izabeli: „Powiadają, że ten Rousseau jest taki prześcipny234, przyprowadźcie go do mnie, abym zobaczył, czy to prawda”. Zaiste, wzgarda człowieka przemawiającego podobnym tonem nie powinna nazbyt dotykać tego, kto jest jej przedmiotem.
Wedle sposobu, w jaki mnie potraktowano w Paryżu, Genewie, Bernie, w Neuchâtel nawet, nie spodziewałem się więcej względów ze strony miejscowego pastora. Miałem doń wszelako polecenie od pani Boy de la Tour i przyjął mnie bardzo serdecznie; ale w tym kraju, gdzie karmią miodowymi słówkami każdego bez różnicy, nie można przywiązywać znaczenia do tych rzeczy. Mimo to po uroczystym przystąpieniu do reformowanego Kościoła, żyjąc w kraju reformowanym, nie mogłem bez uchybienia zobowiązaniom i powinnościom obywatela zaniedbać publicznego praktykowania obrządku, do którego wróciłem: uczęszczałem tedy na służbę bożą. Z drugiej strony obawiałem się, iż przystępując do świętego stołu, narażę się na wstyd odmowy; nie było zaś zgoła prawdopodobne, aby, po hałasie podniesionym w Genewie przez Radę i w Neuchâtel przez pastorów, pastor w Motiers zechciał mi spokojnie udzielić komunii w swoim kościele. Widząc tedy, iż zbliża się pora tego obrzędu, postanowiłem napisać do pana de Montmollin (było to nazwisko pastora), aby spełnić akt dobrej woli i oświadczyć, że zawsze należę sercem do Kościoła protestanckiego. Doniosłem równocześnie, aby uniknąć sprzeczek co do artykułów wiary, iż nie życzę sobie żadnych szczegółowych wyjaśnień w kwestii dogmatu. Dopełniwszy ze swej strony tego, co do mnie należało, czekałem spokojnie, nie wątpiąc, iż pan de Montmollin odmówi dopuszczenia mnie do sakramentów bez uprzedniej dyskusji, której nie chciałem, i że w ten sposób wszystko zakończy się bez winy z mej strony. Wcale nie: w chwili gdy najmniej się tego spodziewałem, pan de Montmollin przyszedł mi oznajmić, iż nie tylko dopuszcza mnie do komunii na warunkach, które postawiłem, ale co więcej, on i „starsi” gminy uważają sobie za wielki zaszczyt posiadanie mnie w swej parafii. W życiu nie miałem podobnego ani bardziej radosnego zdziwienia. Wiecznie żyć osamotnionym na ziemi zdawało mi się losem bardzo smutnym, zwłaszcza w nieszczęściu. Wśród tylu proskrypcji i prześladowań znajdowałem niezmierną słodycz w tym, iż mogę sobie powiedzieć: „Przynajmniej jestem wśród swoich braci”; toteż gotowałem się do komunii ze wzruszeniem serca i ze łzami rozczulenia, które były może dla Boga najmilszym przygotowaniem, jakie mu ktoś może ofiarować.
W jakiś czas później milord przesłał mi list pani de Boufflers, przybyły — przynajmniej tak przypuszczałem — za pośrednictwem d’Alemberta, który znał milorda marszałka. W liście tym, pierwszym, jaki ta dama napisała do mnie od wyjazdu z Montmorency, czyniła mi żywe wymówki za pismo moje do pana de Montmollin, a zwłaszcza za mą komunię. Tym mniej mogłem zrozumieć, o co jej chodzi, ile że od czasu bytności w Genewie zawsze jawnie głosiłem się protestantem i zupełnie publicznie uczęszczałem do Pałacu Holenderskiego, bez zarzutu z niczyjej strony. Wydało mi się zabawne, iż pani hrabina de Boufflers chce bawić się w kierowanie mym sumieniem w sprawach religii. Mimo to, ponieważ nie wątpiłem, iż intencje jej (jakkolwiek nie umiałem ich zrozumieć) są najlepsze, nie obraziłem się o ten osobliwy napad i odpowiedziałem bez gniewu, podając swoje racje.
Tymczasem drukowane obelgi szły swoim trybem, łaskawi zaś autorowie wyrzucali władzom, iż obchodzą się ze mną zbyt łagodnie. Ten koncert ujadania, którego kapelmistrze działali niestrudzenie pod osłoną, miał coś złowrogiego i przerażającego. Co do mnie, pozwalałem gadać, nie przejmując się. Upewniano mnie, że zapadła cenzura Sorbony. Nie uwierzyłem. Z jakiego tytułu miałaby się Sorbona mieszać w tę sprawę? Czy chciała stwierdzić, że nie jestem katolikiem? Wszyscy wiedzieli o tym. Czy chciała dowieść, że nie jestem dobrym kalwinem? Co jej do tego? To by znaczyło podjąć bardzo osobliwe zadanie; znaczyło to czynić się substytutem pastorów. Nim ujrzałem naocznie owo pismo, sądziłem, iż puszczono je w obieg pod godłem Sorbony, aby sobie z niej zadrwić; myślałem tak tym więcej, skoro je przeczytałem. Wreszcie, gdy już nie mogłem wątpić o jego autentyczności, cały mój pogląd na sprawę streszczał się w tym, iż trzeba by zamknąć Sorbonę do szpitala wariatów.