Uderzony, iż widzę tego biednego człowieka, przywalonego, aby tak rzec, pomyślnością i sławą, jak gorzko wciąż deklamuje przeciw nędzom życia i znajduje ustawicznie, iż wszystko jest złe, powziąłem szalony pomysł, aby mu przemówić do duszy i udowodnić mu, że wszystko jest dobre. Wolter, udając wciąż, iż wierzy w Boga, wierzył w istocie zawsze jedynie w diabła, skoro jego rzekomy bóg jest złośliwą istotą, która wedle niego znajduje rozkosz jedynie w wyrządzaniu szkody. Bijąca w oczy niedorzeczność tej nauki oburzająca jest zwłaszcza u człowieka, który, spoczywając w puchach szczęścia, stara się doprowadzić do rozpaczy swych bliźnich za pomocą strasznego i okrutnego obrazu wszystkich klęsk, od których on jest wolny. Bardziej niż on będąc powołany, aby policzyć i zważyć niedole ludzkiego życia, uczyniłem ich sprawiedliwy bilans i udowodniłem mu, że ze wszystkich tych niedoli nie masz ani jednej, za które Opatrzność byłaby odpowiedzialna i która by nie miała źródła raczej w nadużyciu, jakie człowiek czyni ze swych zdolności, niż w samej naturze. Potraktowałem go w tym liście z wszelkimi możebnymi względami, uważaniem, oględnością, mogę nawet powiedzieć szacunkiem. Mimo to, znając jego miłość własną w najwyższym stopniu wrażliwą, nie posłałem tego listu samemu Wolterowi, ale doktorowi Tronchin, jego lekarzowi i przyjacielowi z zupełną swobodą doręczenia lub zniszczenia, wedle tego, co mu się wyda właściwsze. Tronchin doręczył list. Wolter odpisał mi w kilku słowach, iż będąc równocześnie i sam chory, i mając w domu chorobę, odkłada na inny czas odpowiedź; po czym nigdy nie odezwał się już w tej kwestii. Tronchin, przysyłając mi pismo Woltera, dołączył od siebie kilka uwag niezdradzających zbyt wiele szacunku dla osoby piszącego.

Nigdy nie ogłosiłem ani nie pokazałem tych dwóch listów, nie lubiąc czynić popisu z tego rodzaju drobnych tryumfów; ale znajdują się one w oryginale w mych zbiorach (plik A, nr 20 i 21). Później Wolter ogłosił odpowiedź, którą mi przyrzekł, ale mi jej nie przesłał. Jest nią mianowicie powieść pt. Kandyd28, o której nie mogę mówić, ponieważ jej nie czytałem.

Wszystkie te wydarzenia powinny były radykalnie mnie wyleczyć z moich fantastycznych miłości. Był to może sposób, jaki nastręczało mi niebo, aby uprzedzić ich zgubne następstwa; ale zła gwiazda okazała się silniejsza. Ledwie zacząłem znów wychodzić z domu, serce, głowa i nogi wróciły na te same ścieżki. Powiadam: te same, pod pewnym względem przynajmniej; myśli moje bowiem, nieco mniej wybujałe, zostały tym razem na ziemi, ale wziąwszy sobie za towarzystwo tak niezrównany wybór wszystkiego, co mogłoby się znaleźć na niej uroczego i godnego miłości, iż doskonałość ta była zgoła nie mniej chimeryczna niż urojony świat, który opuściłem.

Wyobraziłem sobie miłość, przyjaźń, dwa bóstwa mego serca, pod najbardziej czarującymi postaciami. Uczyniłem sobie tę rozkosz, aby je stroić we wszystkie uroki płci, którą zawsze ubóstwiałem. Wymarzyłem dwie przyjaciółki raczej niż dwóch przyjaciół, ponieważ przykład ten, jeżeli jest rzadszy, jest zarazem i bardziej powabny. Obdarzyłem je charakterami pokrewnymi, ale różnymi; powierzchownością nie bezwzględnie doskonałą, ale wedle mego smaku, ożywioną dobrocią i tkliwością. Jedną uczyniłem brunetką, drugą blondynką; jedną żywą, drugą łagodną; jedną stateczną, drugą słabą, ale słabością tak chwytającą za serce, iż cnota zdawała się jedynie zyskiwać na tym. Dałem jednej kochanka, któremu druga była tkliwą przyjaciółką, a nawet czymś więcej; ale nie dopuściłem do współzawodnictwa, sprzeczek, zazdrości, ponieważ wszelkie przykre uczucie z trudnością rodzi się w mej wyobraźni i ponieważ nie chciałem przyćmić tego lubego obrazka niczym, co by miało poniżać naturę. Rozmarzony dwoma uroczymi modelami, utożsamiałem się, ile w mej mocy, z kochankiem i przyjacielem; ale uczyniłem go młodym i pełnym powabu, dając mu poza tym zalety i wady, które czułem w sobie.

Aby pomieścić osoby mego romansu w ramie, która by im odpowiadała, przeszedłem kolejno w myśli najpiękniejsze miejsca, jakie oglądałem w swych podróżach. Ale nie mogłem znaleźć dość lubego sioła, dość mówiącego do serca krajobrazu. Doliny Tesalii byłyby mnie może zadowoliły, gdybym je widział; ale wyobraźnia moja, znużona rojeniem, pragnęła jakiegoś rzeczywistego miejsca, które by jej mogło służyć za punkt oparcia i dać mi złudzenie co do rzeczywistości mieszkańców, których tam chciałem osiedlić. Długo myślałem o Wyspach Boromejskich, których urok zachwycił mnie; ale widziałem w nich zbyt wiele ozdoby i sztuki jak dla moich bohaterów. Trzeba mi było wszelako jeziora; wybrałem wreszcie to, koło którego serce moje nigdy nie przestało błądzić. Zatrzymałem się przy tej okolicy, w której od dawna pragnienia me pomieściły mą rezydencję w urojonym szczęściu, do którego mnie los ograniczył. Miejsce rodzinne biednej mamusi miało dla mnie urok silniejszy nad inne. Kontrasty położenia, bogactwo i różnorodność widoków, wspaniałość, majestat całości, która czaruje zmysły, przenika serce, podnosi duszę, skłoniły mnie do reszty: pomieściłem w Vevai swoje młode pupilki. Oto wszystko, co wymyśliłem od pierwszego rzutu; reszta narosła dopiero stopniowo.

Długo ograniczałem się do ogólnikowego planu, ponieważ wystarczał, aby napełnić mą wyobraźnię lubymi przedmiotami, serce zaś uczuciami, którymi lubi się karmić. Fikcje te, nawiedzając mnie raz po razu, nabrały wreszcie silniejszego istnienia i ustaliły się w mózgu pod określoną postacią. Wówczas przyszła mi ochota wyrazić na papierze kilka scen, które mi się nastręczały, i przypominając sobie wszystko, co czułem w młodości, dać w ten sposób niejako upust potrzebie kochania, której nie mogłem zaspokoić, a która mnie pożerała.

Rzuciłem zrazu na papier kilka luźnych listów, bez ciągu, bez związku; kiedy przychodziło mi zeszyć je z sobą, byłem często w wielkim kłopocie. Co może się zdawać trudne do wiary, a jest wszelako bardzo prawdziwe, to iż dwie pierwsze części romansu powstały prawie całkowicie w ten sposób, bez obmyślonego planu, a nawet bez przewidywania, iż kiedyś przyjdzie mi pokusa uczynić zeń prawidłowy utwór. Toteż czytelnik widzi, iż te dwie części, powstałe z nieobrobionych w tym celu materiałów, pełne są rozwlekłości i gadulstwa, których nie znajduje się w dalszym ciągu.

W porze najwyższego nasilenia marzeń spadły na mnie odwiedziny pani d’Houdetot, pierwsze, jakimi zaszczyciła mnie w życiu, ale, na nieszczęście, jak się okaże później, nie ostatnie. Hrabina d’Houdetot29 była córką nieboszczyka de Bellegarde, generalnego dzierżawcy, siostrą pana d’Epinay i panów de Lalive i de la Briche, którzy obaj później zajmowali stanowisko szambelanów przy ambasadach. Wspominałem o naszej znajomości datującej z jej panieńskich czasów. Od chwili zamążpójścia widywałem panią d’Houdetot jedynie na większych zebraniach w Chevrette, u pani d’Epinay, jej bratowej. Spędziwszy nieraz szereg dni w jej towarzystwie, tak w Chevrette, jak w Epinay, nie tylko uważałem ją za osobę nader miłą, ale także zdawało mi się, iż widzę w niej życzliwość dla siebie. Lubiła przechadzać się ze mną; oboje byliśmy tęgie piechury, rozmowa zaś nie słabła między nami ani na chwilę. Mimo to nie odwiedziłem pani d’Houdetot nigdy w Paryżu, chociaż prosiła mnie o to, a nawet nalegała wiele razy. Stosunki jej z panem de Saint-Lambert, z którym i ja zaprzyjaźniłem się w tej epoce, uczyniły mi ją tym bardziej zajmującą; i właśnie aby mi przywieźć nowiny od wspólnego przyjaciela, który bawił wówczas, o ile mi się zdaje, w Mahon30, przybyła mnie odwiedzić w Pustelni.

Wizyta ta wypadła coś niby początek powieści. Pani d’Houdetot zbłądziła w drodze. Woźnica, opuściwszy gościniec, który zakreślał koło, chciał przeciąć wprost od młyna w Clairvaux do Pustelni. Karoca uwięzła w błocie; pani d’Houdetot wysiadła i chciała iść piechotą. Leciutkie trzewiczki zdarły się w jednej chwili, ugrzęzła w błocie; ledwie z największym wysiłkiem służba zdołała ją wydobyć; wreszcie, dotarła do Pustelni w butach, napełniając atmosferę wybuchami śmiechu, którym zawtórowałem, patrząc na stan, w jakim przybyła. Trzeba ją było przebrać od stóp do głowy; Teresa zajęła się tym. Zaprosiłem hrabinę, aby zapomniała o swej godności i przyjęła wiejski podwieczorek, który bardzo jej przypadł do smaku. Było późno, bawiła tylko chwilę; ale czas ten spłynął tak wesoło, że zasmakowała w mej Pustelni i zdawała się skłonna wrócić. Wykonała ten zamiar dopiero w następnym roku; ale, niestety! odwłoka ta nie ocaliła mnie.

Spędziłem jesień na zajęciu, którego by się nikt nie domyślił: na strzeżeniu owoców pana d’Epinay. Pustelnia była zbiornikiem wód dla parku w Chevrette. Był tam ogród otoczony murem, obsadzony szpalerem i innymi drzewami, które dawały panu d’Epinay więcej owoców niż sad w Chevrette, mimo że kradziono z nich trzy czwarte. Aby nie być zupełnie bezużytecznym gościem, podjąłem się opieki nad ogrodem i nadzoru nad ogrodnikiem. Wszystko szło dobrze aż do pory owoców; ale w miarę jak dojrzewały, widziałem jak znikają; co się z nimi działo, nie wiadomo. Ogrodnik upewniał, że to koszatki31 zjadają wszystko. Wydałem wojnę koszatkom, wytępiłem ich sporo: mimo to owoce znikały tak samo. Śledziłem póty, aż wreszcie doszedłem, że sam ogrodnik był wielką koszatką. Mieszkał w Montmorency, skąd przybywał nocami wraz z żoną i dziećmi, aby wynosić składy owoców, które nagromadził w ciągu dnia i które sprzedawał w halach w Paryżu tak publicznie, jak gdyby posiadał własny ogród. Nędznik ten, którego obsypywałem dobrodziejstwami, którego dzieci ubierała Teresa, a którego ojca, zawodowego żebraka, niemal żywiłem, ograbiał nas równie łatwo jak bezczelnie, ile że nikt z nas trojga nie był dość czujny, aby dopilnować porządku: tak w ciągu jednej nocy zdołał obrabować doszczętnie mą piwnicę, którą nazajutrz zastałem próżną. Póki sądziłem, iż łupi jedynie mnie, znosiłem wszystko; ale kiedy mi przyszło zdać sprawę ze stanu owoców, byłem zmuszony wymienić złodzieja. Pani d’Epinay prosiła, abym go zapłacił, wyrzucił z domu i poszukał innego; co też uczyniłem. Ponieważ ten drab krążył co noc koło Pustelni, uzbrojony okutym drągiem wyglądającym jak maczuga, w towarzystwie innych hultajów tegoż samego kalibru, tedy pragnąc upewnić moje „gospodynie”, lękające się niezmiernie tego człowieka, kazałem jego następcy sypiać co noc w Pustelni; gdy zaś i to jeszcze ich nie uspokoiło, poprosiłem panią d’Epinay o fuzję, którą umieściłem w pokoju ogrodnika. Poleciłem mu zresztą, aby się nią posłużył jedynie w potrzebie, w razie gdyby ktoś próbował wyłamać drzwi lub wdrapać się do ogrodu, i aby strzelał wyłącznie prochem, jedynie dla przestraszenia złodziei. Była to z pewnością najlżejsza ostrożność, jakiej dla wspólnego bezpieczeństwa mógł się chwycić człowiek niepokojony przez złoczyńców, mając spędzić zimę wśród lasu, sam z dwiema bojaźliwymi kobietami.