Czytając drugą część Wyznań, a zwłaszcza jej epizod z Pustelni, o wielu jeszcze rzeczach trzeba by pamiętać, aby w należytym świetle zrozumieć ton tych korespondencji, tych ciągłych deklamacji o cnocie, przyjaźni etc. Warunki epoki, w której toczą się owe wypadki, były bardzo różne od tych, w których my żyjemy. „Przyjaźń”, „przyjaciel”, te słowa miały w XVIII wieku inną wagę niż ta, którą przyznajemy im dzisiaj, gdy nowożytne warunki istnienia zapewniają każdemu obywatelowi bodaj minimum uregulowanej egzystencji, opartej przede wszystkim na sobie samym, na prawie i na instytucjach. Jeżeli mimo wszystko i dziś tzw. stosunki tak znaczną odgrywają rolę, cóż dopiero było w epoce, gdzie wszystko stało43 dowolnością i względami osobistymi? W społeczeństwie przy tym tak towarzyskim jak francuskie, paryskie raczej, człowiek ważył tylko tyle, ilu i jakich miał przyjaciół: bez tego wszystkie drogi miał zamknięte lub w najwyższym stopniu utrudnione; co więcej, jeśli bodaj trochę szedł na przebój lub miał sposobność się narazić, każdy go mógł pozbawić czci, mienia i wolności44. Stąd strata przyjaciół, osamotnienie równało się niemal śmierci cywilnej. Dlatego może tyle i tak ustawicznie słyszy się wówczas o przyjaźni; niezależnie od pobudek sercowych każdy, zwłaszcza wśród świata literackiego, robi przegląd swoich „przyjaciół” z takim uczuciem, z jakim dziś przegląda się w kasie ogniotrwałej pewne walory i police45 asekuracyjne.

Toż samo owo nieustanne moralizowanie, te deklamacje o cnocie, zasadach, jakich pełne jest ówczesne piśmiennictwo, trzeba brać również z perspektywy epoki. Filozofia XVIII wieku podkopywała zdecydowanie kryteria moralne religii; o ile tedy nie zamierzała zepchnąć ludzkości do poziomu bydląt, poczuwała się do obowiązku stworzenia nowych, własnych kryteriów. To świeżo na własny użytek stwarzane „świeckie sumienie” musiało być z natury rzeczy drażliwsze i bardziej agresywne. Podczas gdy człowiek oparty o tradycje religijne (choćby tylko formalnie) zniesie doskonale w swoim postępowaniu, nawet nie zastanawiając się nad tym, uczynki będące w jaskrawej sprzeczności z wszelką elementarną etyką, „filozof”, będący sam dla siebie trybunałem etycznym i zmuszony samoistnie rozwiązywać każdą kwestię, ciągle znajduje się pod wysokim ciśnieniem moralnym. Jeżeli mu to nie przeszkadza czynić źle, zmusza go co najmniej do stworzenia w każdym dotyczącym wypadku odpowiedniej ad hoc46 frazeologii.

Jako przykład w tej mierze może służyć sposób, w jaki Rousseau odnosi się w Wyznaniach do sprawy niezmiernie tutaj ważnej, do postąpienia z własnymi dziećmi.

Była to paląca kwestia jego życia; kwestia stanowiąca tak namacalną sprzeczność z jego dziełem i grożąca taką plamą na jego pamięci, iż być może dla jej poruszenia podjął on w ogóle spisanie swych zwierzeń. Nie jest bowiem prawdą, jakoby tajemnice te zdradził z własnego popędu; był to niewątpliwie fakt szeroko znany, który wrogowie wygrywali przeciw niemu (Sentiments des citoyens), i jeśli pisze o nim, to dla oświetlenia go na swój sposób. Kto wie, jeżeli Rousseau tak wydobywa na jaw wszystkie swoje błędy, niegodne nieraz wspomnienia, jeżeli z taką emfazą obwinia się, jako o „największą zbrodnię swego życia”, o głupią historię ze skradzionym kawałkiem wstążki (Część pierwsza), kto wie, czy to wszystko, u tego pierwszorzędnego znawcy psychologii czytelników, nie ma instynktownie na celu przygotowania tła i nastroju, w którym by owo jego naprawdę ciężkie wyznanie dało się przemycić. Niechaj czytelnik zważy dokładnie wszystkie ustępy, gdzie Rousseau mówi o pobudkach swej decyzji: cóż za sofistyka47 w przedstawieniu sprawy! Ile sposobów usprawiedliwienia, z których jeden stoi w sprzeczności z drugim!

Istotnie, mimo całego mistrzostwa Jana Jakuba w szermowaniu paradoksem, tych pięcioro dzieci, konsekwentnie i z lekkim sercem zaprzepaszczonych w domu podrzutków, to fakt niełatwy do przełknięcia dla tego samozwańczego nauczyciela „cnoty”, dla autora Emila, w którym narzuca się światu jako prawodawca wychowania, dla apostoła macierzyństwa, który wymową swą sprawił, iż piękne panie każą przynosić sobie niemowlęta do loży Opery, aby je tam karmić publicznie. Ciekawy to przyczynek do problemu, do jakiego stopnia u Russa linia talentu pociągnęła za sobą linię życia48 i podniosła go na wyżyny, do których charakter jego i poziom moralny zupełnie był nieprzygotowany. „To karzeł na szczudłach” — powiada o nim w chwili podrażnienia pani d’Épinay; mimo to w tym powiedzeniu jest tylko część prawdy, i może nie najistotniejsza — reszta kryje się w przepastnych mrokach istoty twórczości i geniuszu...

Wydarzenia, które spowodowały rozstanie się Jana Jakuba z Pustelnią, wywarły niezmiernie doniosły a opłakany wpływ na dalsze życie pisarza. Postradał od jednego zamachu wszystko, co mu było drogie; sam chory, odcięty od ludzi, przeczuwał — i wiedział zresztą z doniesień uczynnych bajczarzy — że zatarg jego, komentowany najnieprzychylniej, jest legendą całego Paryża, że krążą tam z rąk do rąk własne jego listy nieopatrznie pisane w chwili podniecenia, list Diderota do Grimma, kreślący w strasznych barwach wrażenia ostatniej bytności „filozofa” w Pustelni etc. Można przypuszczać, że i Rousseau nie odmawiał sobie satysfakcji oświetlenia po swojemu aktów sprawy; miał po temu sposobność tym bardziej, ile że niebawem osamotnienie jego zmieniło się w otoczenie świetniejsze, niż kiedykolwiek mógł zamarzyć. Serdeczna przyjaźń i opieka, jaką otoczyli go marszałkostwo de Luxembourg, a za ich pośrednictwem hrabina de Boufflers, książę Conti, sam kwiat dworskiego towarzystwa, musiała być dla pani d’Épinay i jej koterii niemiłą niespodzianką. Znając drażliwość i pobudliwość wyobraźni Russa, znając jego skłonność do wynurzeń, nie mogli mieć złudzeń, aby ich nadto oszczędzał. Jeszcze bardziej niepokojąco musiał podziałać zamiar spisania pamiętników, który to zamiar musiał wcześnie już dojść do ich uszu, choćby ze wzmianki w liście Russa do Duclosa. O ile tedy wypadki w Pustelni, w których Rousseau, patrząc z późniejszej perspektywy, dopatrywał się tajemniczego „spisku”, były, jak się zdaje, po prostu szeregiem nieporozumień, których główne źródło tkwiło w pospolitych antypatiach literackich i zazdrostkach kobiecych, a przede wszystkim w stanie nerwowym samego pisarza, o tyle po zerwaniu tak pani d’Épinay, jak i grupa „filozofów” nieustannie, w obawie o własną skórę, obserwują Jana Jakuba, starają się wszędzie zneutralizować jego wpływ, odwrócić odeń ucho i wiarę ludzi z nim sympatyzujących — słowem, obwarować się przed jego niebezpieczną urazą. A trzeba pamiętać, że jak już zaznaczyłem, koteria, której Rousseau się naraził, składała się z najbardziej wybitnych, ruchliwych i solidarnie trzymających się ludzi, których wpływy sięgały daleko poza granice Francji49. Rousseau czuje to. Czuje, że gdziekolwiek się ruszy, niewidzialna ręka stara się odwrócić odeń sympatie, stara się go pomniejszyć i okryć śmiesznością. Widzi zapewne więcej, niż było w istocie: widzi celową intrygę wrogów w wypadkach, które w znacznej części były naturalnym następstwem jego śmiałych i nowatorskich wystąpień50. Wygnanie jego po Emilu, tułaczka po Szwajcarii, orgia pamfletów i oszczerstw jakie mu w niej towarzyszą, wreszcie epizod „kamienowania” w Motiers — mniej groźny zresztą, jak się zdaje, w rzeczywistości, niż go przedstawia wyważona z trybów wyobraźnia pisarza — wszystko to stanowczo mąci jego umysł, zmieniając wrodzoną podejrzliwość w kliniczną już manię prześladowczą z szeregiem towarzyszących objawów, jak halucynacje słuchowe etc.

W którymś z listów swoich w tej sprawie Diderot pisze: „Gdyby Jan Jakub miał mieć słuszność, zbyt wielu uczciwych ludzi znalazłoby się pod pręgierzem”. W istocie. Toteż w odnoszeniu się francuskiej krytyki literackiej do tej zawiłej sprawy czuć wyraźną niechęć do wyciągnięcia konsekwencji, które by przyznawały słuszność niektórym bodaj domysłom i podejrzeniom Russa, zwłaszcza co się tyczy Diderota. W zakłopotaniu swoim i trudności pogodzenia niektórych faktów znalazła sobie taż krytyka innego kozła ofiarnego: Teresę Levasseur. Trzeba przyznać, że już co biedna Teresa „prasę” ma fatalną. „Panna Levasseur była nieokrzesana, głupia, zazdrosna, obmowna, zgryźliwa, kłótliwa, podejrzliwa, swarliwa, sprzeczna, kłamliwa, i opanowana przez rodzinę, która była gniazdem hultajów. Wszyscy współcześni Russa zgodni są na tym punkcie”51. Oto próbka tonu, w jakim odnoszą się do niej biografowie pisarza, w szczególności nowoczesna krytyka. We wszystkim, co jest niejasnego w zatargach Russa z otoczeniem, mówi się: Teresa. Teresa podsycała, przez głupotę i zawiść, jego chorobliwą podejrzliwość, Teresa poróżniła go z przyjaciółmi, Teresa całe życie otwierała jego listy (jeden z ważnych punktów w urojeniach Russa), Teresa wmawiała weń wszędzie, gdzie jej się pobyt dłużył, że otoczenie i ludność dybie na bezpieczeństwo Jana Jakuba. Teresa zdenuncjowała go przed Saint-Lambertem, obciążając równocześnie przed nim samym panią d’Épinay fałszywymi zeznaniami; Teresa wreszcie powtarzała mu kredensowe plotki odnośnie do owego słynnego wyjazdu do Genewy, stając się tym samym bezpośrednią przyczyną dramaciku w Pustelni. Niechże i tak będzie. Tyle jest pewne, że Teresa, jako niepiśmienna, najwierniej uniosła swą tajemnicę do grobu.

Kto w stosunku do Jana Jakuba odegrał wprost szpetną rolę, to Wolter, najmniej przez Russa, mimo jego podejrzliwości, o to podejrzewany. Jeżeli chodzi o okres — jedyny w życiu pisarza, kiedy cierpiał istotne prześladowanie — okres tułaczki po Szwajcarii — to niewątpliwie Wolter umaczał w niejednym ręce; a miał je długie, i przez wpływ swej olbrzymiej korespondencji ze wszystkim niemal, co było możnego i oświeconego w Europie, i przez ulotne, jadowite i potwarcze pamflety52, jakich w tej sprawie nie wahał się bezimiennie wypuszczać. Najohydniejsze pisma (jak np. Sentiments des citoyens, Lettre au docteur Pansophe), o które Rousseau pomawiał zupełnie kogo innego, pochodziły — jak dziś niewątpliwie stwierdzonym zostało — z „fabryki” Wolterowskiej. W cynizmie swoim Wolter nie wzdragał się przybrać maski świętoszka, aby domagać się wręcz gardła pisarza, który targnął się na — dogmaty religii! Dla Woltera był Rousseau zawsze owym „chłystkiem”, który ośmielił się podzielić z nim zachwyt i podziw Francji i Europy; co więcej, odważył się go zaczepić (niewinnie, co prawda, i z większą emfazą niż dokuczliwością) w tym, co stanowiło największą pasję jego życia, tj. teatr53. Jakaż kara byłaby za wielką dla takiego zuchwalca!

Pozostaje mi w kilku słowach skreślić koleje Russa od chwili, gdy urywa się wątek jego Wyznań. Opuściwszy wysepkę Saint-Pierre, udał się do Strasburga, gdzie, przyjęty nader życzliwie, pozostał przez jakiś czas, zastanawiając się nad wyborem schronienia. Wahał się głównie między Berlinem, gdzie byłby go rad widział Fryderyk II, a Anglią. Od kilku już lat znakomity filozof i historyk angielski, Dawid Hume, gorący wielbiciel Russa, starał się przez kobiety, których był bożyszczem, ściągnąć wygnańca do Anglii, ofiarując mu swoje mieszkanie. W tym duchu nakłaniała Russa pani de Boufflers już wówczas, gdy opuszczał Francję. Zgodził się wreszcie i przejechawszy przez Paryż, gdzie zatrzymał się w dawnym monastyrze Temple, rezydencji księcia Conti, miejscu, które odwieczna tradycja czyniła wolnym od pościgu prawa, przybył w styczniu 1766 do Londynu. Zamieszkał w zameczku Wooton, należącym do pana Davenport, przyjaciela Hume’a; stosunki między oboma filozofami zaczęły się jak najpomyślniej. Niebawem jednak usposobienie Russa odmieniło się fatalnie. Dzienniki angielskie pozwoliły sobie na parę złośliwych konceptów pod jego adresem; obiegał między publicznością sfingowany list, jakoby Fryderyka II do Russa54, ośmieszający niezbyt dotkliwie tego ostatniego; równocześnie szaleją dalej inwektywy w Szwajcarii; pojawia się jadowity pamflet Woltera List do doktora Panzofa. Do tego Teresa Levasseur, która nudząc się, nie znając języka, nie umiejąc sobie wytworzyć modus vivendi55 ze służbą w zameczku (właściciele byli nieobecni), starała się uprzedzić Russa jak najgorzej do pobytu w Anglii. Nieszczęśliwy pisarz, w straszliwym stanie duchowym, drażniony, judzony ze wszystkich stron, zaczynający wówczas już ulegać halucynacjom słuchu, począł roić sobie całą sieć intryg, których twórcą miał być przede wszystkim Hume. Dnia 1 maja 1767 ucieka potajemnie z Wooton, oskarżając głośno Hume’a o zdradę, rozsyła na wszystkie strony listy zupełnie już szalone, przemawia na ulicach Doowru do ludu. Przeprawiwszy się do Francji, znajduje kolejno schronienie w zamku margrabiego de Mirabeau (ojca przyszłego trybuna), w Trye u księcia Conti i wielu jeszcze innych siedzibach, wszędzie nieufny, wciąż zmieniając miejsce pobytu. W ciągu tych to wędrówek kończy swoje Wyznania, zaczęte w Anglii; w tym czasie zaślubia również długoletnią towarzyszkę, Teresę Levasseur. Wreszcie w roku 1770 wraca do Paryża, gdzie mimo dawnego dekretu będącego wciąż w mocy władze patrzą przez palce na jego pobyt i nie niepokoją go. Znalazłszy schronienie w Paryżu, uspokoił się nieco; zajął skromne mieszkanko przy ul. Platrière, dziś noszącej jego imię, wrócił do zajęć kopisty, herboryzował56, stał się łagodny, prosty, życzliwy. Po śmierci pisarza żona jego, Teresa, rzekła naiwnie do pana de Girardin: „Jeżeli mój mąż nie jest świętym, to któż nim będzie?”. Mimo to urojenia prześladowcze nie opuściły pisarza, ciągle widział sprzysiężenie zwrócone przeciw sobie. To skłoniło go, iż w zimie 1770–1771 odczytał w domu hrabiego Egmont przed wybranym kołem swoje Wyznania, w których postanowił się oczyścić przed potomnością z możliwych potwarzy. Czytanie wedle współczesnego świadectwa trwało siedemnaście godzin; jedyną przerwę w nim stanowiły „dwa krótkie posiłki oraz westchnienia i łzy obecnych”. Niebawem po tym seansie nastąpiło drugie czytanie w obecności hrabstwa d’Egmont oraz kilku również wysoko postawionych osobistości. Lektury te wywołały popłoch (zupełnie usprawiedliwiony) wśród osób, którymi zajmuje się druga część Wyznań; za staraniem pani d’Épinay policja wystosowała do Russa uprzejmą prośbę, aby zaprzestał dalszego odczytywania drażliwej książki. To utwierdziło Russa tym bardziej w przekonaniu o wielkim spisku: spisek ten kojarzył rzekomo przeciw niemu wszystko, co było wybitnego we Francji, na czele jego zaś stał minister książę de Choiseul! W owym czasie Francja zagarnęła pod swoje berło Korsykę, której obywatele zwrócili się niedawno do Jana Jakuba z prośbą o nakreślenie projektu konstytucji: oczywiście, w pojęciu Russa Francja zajęła wysepkę z umysłu57, aby pisarza pozbawić tego lauru. Gdyby (twierdził) Choiseul obrócił na dobro kraju połowę tych pieniędzy, które wydawał na zaspokojenie swej nienawiści dla Russa, byłby jednym z największych ministrów Francji. Chorobliwe urojenia swoje złożył Rousseau w ostatnich swych utworach (Dialogi pt. Rousseau sędzią Jana Jakuba), zdradzających, obok genialnych przebłysków, głęboko już posunięty rozkład władz umysłowych. Umiera nagle, w roku 1778, tknięty udarem mózgowym w czasie pobytu na wsi w Ermenonville, posiadłości hrabiego de Girardin. W roku 1791 dekret Konstytuanty58 uchwalił przeniesienie jego zwłok do Panteonu59. Teresa Rousseau wkrótce po śmierci Jana Jakuba zaślubiła, blisko w sześćdziesiątym roku życia, jakiegoś lokaja czy masztalerza.

Wyznania ukazały się drukiem już w kilka lat po śmierci pisarza. Pierwsze wrażenie było oczywiście wrażeniem światowego skandalu: większość osób żyła jeszcze (nawet obcesowa pani de Larnage z pierwszej części Wyznań żyła jako wiekowa matrona w swoim zameczku). Stopniowo ta strona zachodziła w cień (zwłaszcza iż niemal równocześnie rewolucja zmiotła z powierzchni cały ten dawny światek), ale osobliwa ta książka została i poczęła wnikać w literaturę, tworząc w niej potężny zaczyn, którego działanie sięga aż do naszych czasów. Przedstawiając niedawno publiczności arcydzieło poezji Villona60, miałem sposobność zwrócić uwagę na to, jak bardzo ta poezja uczuć, wrażeń, przeżyć osobistych, czerpiąca wprost z serca poety wyłączne źródło natchnienia, przepada, kryje się na kilka wieków pod ziemią. Miejsce jej zajmuje dążenie do możliwie doskonałej obiektywizacji. Oczywiście, że gdy Corneille kreśli swego Cyda, a Racine Fedrę, biorą oni swe kreacje w całej pełni z siebie61; ale forma, w jakiej oddają siebie samych, nakłada hamulec wszelkiemu rozpętaniu egotyzmu. W XVIII wieku literatura piękna, stając się w znacznej mierze zabawą dobrego towarzystwa, dalej jeszcze posuwa wstydliwość własnych uczuć i ograniczenie ich konwencją. Stopniowo, odcięta od swych żywych źródeł, wysusza się i karłowacieje, staje się igraszką mózgową: powszechny, entuzjastyczny kult Woltera jako poety daje tego wystarczającą miarę. Wówczas zjawia się człowiek, który blisko do czterdziestego roku życia wychował się poza wszelkim społeczeństwem, który każdą elementarną myśl, każde uczucie — zamiast otrzymać je gotowe w paryskiej kawiarni lub salonie — zdobywał sobie w mozole i cierpieniu; który wszystkie przedmioty będące dla innych literackim tematem dialektycznym bierze, z naiwnością dzikiego, na serio. Trudno dziś wprost określić, trudno nawet samemu sobie zdać sprawę, do jakiego stopnia wszystko to, co wnosił Rousseau w ówczesne społeczeństwo, było nowe i płodne: nie zawsze przez nowość myśli, ale przez stosunek tych myśli do niego samego. Niech wystarczy jeden przykład: czytając opis przygody z Zuliettą, gdy Rousseau, ogarnięty płomieniem żądzy, nagle zalewa się łzami pod wpływem refleksji nad losem pięknej kurtyzany, niejeden czytelnik minął zapewne ten ustęp, nie zwracając nań uwagi: tyle razy się już spotykało wylewy liryczne tego rodzaju, dziś niemal już banalne!