Wyznania

Wyznania

Tom pierwszy

Od tłumacza

„Osobliwe zjawisko! Jedyne wprost w naszej literaturze, a nawet, jak sądzę, we wszystkich literaturach świata. Ten włóczęga, próżniak, samouk, który po trzydziestu latach majaczenia na jawie wpada jednego dnia w najświetniejsze społeczeństwo Paryża XVIII stulecia i sprawia w nim wrażenie Hurona1, ale Hurona prawdziwego i brzemienniejszego w konsekwencje niż ów Wolterowski; występuje pierwszy raz jako autor, mając pod czterdziestkę; pisze, w ciągu dziesięciu lat i wśród cierpień fizycznych prawie nieustannych, trzy czy cztery książki — ani zbyt tęgie, ani zbyt bogate w myśli, ale przynoszące z sobą nowy sposób czucia i jakby jakiś dreszcz dotychczas nieznany; który później zanurza się w powolne szaleństwo — i który, dzięki tym kilku książkom, mocen jest przekształcić po śmierci literaturę, historię i zmienić koryto całego życia narodu, do którego sam nie należał — cóż za niesłychane wydarzenie!” Tym okrzykiem zdumienia rozpoczyna J. Lemaître swoje mistrzowskie studium o Janie Jakubie Rousseau.

Wydarzenie istotnie niesłychane! Bardziej może jeszcze, niż się na pozór wydaje. Oswoiliśmy się już z brzmieniem imienia Jana Jakuba, tak że dziś wystarcza wymówić to imię, aby w nas obudzić stokrotne echa i pogłosy. Gdyby jednak było możliwym odłączyć w sobie bezpośrednie odczucie od literackiej tradycji, prestige’u imion i świadomości ich wpływu i w ten sposób odczytać Umowę społeczną, Nową Heloizę i Emila, trudno byłoby zapewne odgadnąć, że jedno z tych dzieł było owym dynamitem, który w kilkanaście lat po śmierci autora eksplodował w wielkiej rewolucji, drugie stało się czarodziejskim źródłem, z którego miała trysnąć fala romantyzmu, trzecie sprawiło, iż pielgrzymki wiernych ciągnęły do azylu „filozofa”, szukając u niego kabalistycznego2 słowa, kreślącego wytyczne linie wychowania nie tylko ludzi, ale i całych narodów.

Wykazać, iż fundamentem myślowym tych epokowych dzieł była przeważnie niedorzeczność, jest to zadaniem łatwym i nieraz podejmowanym; co dowodzi tylko, że mechanizm ludzkości, zwłaszcza w jej przełomowych momentach, czym innym się rządzi niż prawidłami rozumu i gdzie indziej szuka swoich dźwigni. „Nowy sposób czucia i dreszcz dotychczas nieznany”, potężne walory emocjonalne, jakie wniósł w społeczeństwo w epoce, gdzie na wierzchu królowała myśl, doprowadzona do precyzji niemal matematycznej, a pod nią, niby pod pokrywą, kipiały w dole nieświadome siebie, budzące się siły — oto tajemnica potęgi i wpływu Jana Jakuba, bez względu na to, czy go zechcemy uważać za geniusza, za szarlatana, czy za połączenie obydwóch.

O ile istota innych pisarzy francuskich XVIII stulecia zamyka się dla nas w dziełach, samo zaś życie ich jest dla ich zrozumienia mniej więcej obojętne, o tyle z Russem rzecz ma się niemal przeciwnie. Mimo całego ich rozgłosu dzieła jego spoczywają — powiedzmy otwarcie — w pyle zapomnienia. Można by je określić jako potężne butelki lejdejskie3 doszczętnie rozbrojone. Tu i ówdzie zajrzy ktoś do nich z literackiej ciekawości, mało kto jednak poza badaczami literatury szuka w nich dzisiaj pokarmu dla myśli i wzruszeń. Ale pozostała wśród nich jedna książka, niesympatyczna, to pewna4, nieraz po prostu wstrętna, ale na wskroś świeża, na wskroś czytelna i żywa: to ta, w której mówi nam o swoim życiu, i to w taki sposób, iż dotąd, po półtora wieku, prawdą pozostały pierwsze słowa, od których zaczyna swe Wyznania: „Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy”.

Tak jest. Ani przed nim, ani po nim, odkąd istnieje literatura, nikt nie obnażył w ten sposób swojego wnętrza. Mimo iż właśnie wpływ Russa rozpętał istną orgię wystawiania na pokaz swojego ja, „objaśniania” samego siebie, istną ekshibicję5 najtajniejszych drgnień swej istoty, wypełniającą znaczną część literatury XIX wieku, nikt nie dorównał mu co do tego w bezwzględności, powiedzmy w bezwstydzie. Trzeba było tej chorobliwej, do ostatecznych granic wybujałej pychy, a zarazem tego jakiegoś żaru wewnętrznego, podnoszącego chwilami napięcie tonu Wyznań istotnie niemal do sakramentu spowiedzi, aby pisać w ten sposób o swoim życiu, z jakimś dziwnym przeświadczeniem, iż szczerość tych kart oczyszcza je z ich szpetoty, a zarazem z całą naiwnością i, można powiedzieć, samouctwem etycznym tego włóczęgi, samotnika i proroka, który wychował się i spędził młodość poza społeczeństwem, a zetknąwszy się z nim, nie wszedł w nie, ale je rozwalił.

Dziwne były koleje tego człowieka! Ojciec jego, skromny zegarmistrz w Genewie, człowiek uczuciowy i lekkomyślny, karmi dzieciaka, zaledwie umiejącego czytać, romansami, w których zatapia się wraz z nim do białego rana, oraz Żywotami sławnych ludzi Plutarcha. Zmuszony opuścić miasto, zaniedbuje stopniowo syna zupełnie; Rousseau dostaje się w końcu „do terminu”, do rytownika, gdzie staje się skończonym urwiszem6 i skąd jako szesnastoletni wyrostek ucieka, z obawy przed plagami. W czasie pobytu u majstra zdążył pochłonąć całą sąsiednią wypożyczalnię książek. Włóczy się po okolicy, nocuje u chłopów, w końcu, skierowany tam przez proboszcza z Confignon w Sabaudii, dostaje się w ręce agentki od „nawracań”, dwudziestoośmioletniej i ładnej pani de Warens, osoby która staje się jego opatrznością. Z jej poręki wędruje do Turynu, gdzie przyjmuje katolicyzm w nadziei świetnego losu; ale po ceremonii kościelnej, znalazłszy się na ulicy z dwudziestoma frankami w kieszeni, widzi, iż nadzieje jego były czczą złudą. Włóczy się po mieście; w braku czego lepszego, zostaje lokajem; popisując się w sposobną porę znajomością łaciny i pewnym polorem, ściąga na siebie uwagę chlebodawców; otwierają się przed nim widoki przyszłości. Ale dziecinny kaprys i popęd do włóczęgi przemaga: Rousseau, w towarzystwie drugiego wyrostka, puszcza się znowu przez Alpy, zamierzając opędzać koszta życia pokazywaniem „bani Herona”7. Rozczarowawszy się rychło co do tej nadziei, Rousseau wraca do Annecy, do domu swej opiekunki, w pobliżu której wałkoni się aż do trzydziestego roku życia, próbując różnych zawodów, rzucając je, czytając z panią de Warens La Bruyere’a etc.8, kształcąc się bezładnie, napadowo, najbardziej systematycznie stosunkowo uprawiając muzykę, którą zaczyna uważać za istotne powołanie swego życia. Pobyt ten przerywają zresztą nieustanne włóczęgi, stanowiące istny nałóg Russa. Rousseau w tym okresie to natura bardzo złożona, pełna kontrastów, zmysłowa i marząca, ufna i podejrzliwa, zamknięta w sobie i wylana9, zdradzająca wybitnie cechy tego, co dziś się nazywa moral insanity10, a żadnych śladów przyszłej potęgi. Z tym wszystkim musiał mieć dużo uroku i na ogół tzw. „szczęście do ludzi”. W tych latach Rousseau robi wrażenie jakby somnambulika11, który porusza się, działa nieprzytomnie, pod wpływem jakiejś tajemniczej siły. Znamiennym jest, że gdziekolwiek opiekunka próbuje go ulokować, zawsze zwracają jej dryblasa z nadmienieniem, iż jest zupełnie nie do użytku: los ten spotyka go nawet w seminarium duchownym, mimo poparcia samego biskupa.