Odpowiedź Grimma przyszła dość nierychło, a brzmiała nader osobliwie. Przytoczę ją tutaj (plik A, nr 59).

Wyjazd pani d’Epinay odłożony; syn jej zachorował i trzeba czekać aż wydobrzeje. Zastanowię się nad Twym listem; na razie siedź spokojnie w Pustelni. Zawiadomię Cię w swoim czasie o mym zdaniu. Ponieważ pani d’Epinay stanowczo nie wyjedzie przed upływem kilku dni, nic nie nagli. Na razie, jeżeli uważasz za stosowne, możesz jej przedstawić swoją gotowość, jakkolwiek wydaje mi się to dosyć obojętne; znając bowiem Twoje położenie równie dobrze jak Ty sam, nie wątpię, że odpowie na Twą ofiarę tak, jak powinna. Jedyny zysk z tego obrotu, to iż będziesz mógł powiedzieć tym, co Cię przyciskają do muru, że jeżeli nie pojechałeś, to nie z braku gotowości. Zresztą, nie widzę dlaczego chcesz bezwarunkowo, aby filozof był tu rzecznikiem całego świata, i ponieważ, jego zdaniem, powinieneś jechać, dlaczego przypuszczasz, że wszyscy przyjaciele rozumieją o tym tak samo? Jeżeli napiszesz do pani d’Epinay, odpowiedź jej może ci posłużyć za replikę wszystkim tym przyjaciołom, skoro tak Ci leży na sercu to, aby im zamknąć usta. Bądź zdrów, pozdrowienia pani Le Vasseur i Śledczemu692.

Tknięty zdumieniem przy czytaniu tego listu, dociekałem z niepokojem, co by mógł oznaczać i nie mogłem odgadnąć. Jak to! Zamiast z całą prostotą odpowiedzieć na moje pismo, on żąda czasu do „zastanowienia” się nad nim, jak gdyby już ta zwłoka, która poprzedziła jego odpowiedź, nie była wystarczająca! Uprzedza mnie nawet, że decyzja jego odwlecze się jakiś czas, jak gdyby chodziło o głęboki problem do rozwiązania lub też jak gdyby ważnym było dla jego widoków odjąć mi wszelki sposób przeniknięcia jego zapatrywań aż do chwili, w której zechce mi je objawić. Co znaczą, ostatecznie, te ostrożności, odwłoki, tajemnice? Czy w ten sposób odpowiada się zaufaniu? Czy tak postępuje człowiek prosty i szczery? Szukałem na próżno jakiegoś usprawiedliwienia dla tego postępku i nie mogłem znaleźć. Jakikolwiek krył się pod nim zamiar, jeśli był przeciwny moim, położenie Grimma ułatwiało jego wykonanie, ja zaś nie miałem żadnego sposobu przeciwdziałania. Zażywający łask w domu możnego księcia, mile widziany w świecie, nadający ton towarzystwom, w których obracaliśmy się obaj, a których był wyrocznią, mógł ze zwykłą zręcznością kierować wedle upodobania całą akcją; podczas gdy ja, samotny w swej Pustelni, z dala od wszystkiego, bez niczyjej porady, bez styczności z nikim, nie miałem innej drogi, jak tylko czekać i siedzieć cicho. Napisałem jedynie do pani d’Epinay, z powodu choroby jej syna, list możliwie najbardziej przyjacielski, w którym wszelako strzegłem się wpaść w pułapkę i ani słowem nie ofiarowałem się z gotowością podróży.

Po wiekach oczekiwania w okrutnej niepewności, w jaką wtrącił mnie ten barbarzyński człowiek, dowiedziałem się, po upływie ośmiu czy dziesięciu dni, że pani d’Epinay wyjechała. Równocześnie otrzymałem od Grimma drugi list. Zawierał jedynie kilka wierszy, których nie zdołałem doczytać... Było to zerwanie, ale w słowach takich, które może podyktować jedynie najbardziej piekielna nienawiść i które nawet stawały się głupie przez to, iż chciały być dotkliwie obrażające. Bronił mi swego widoku, tak jakby mi bronił przystępu do swego państwa. List ten, gdybym był zdolny odczytać go z zimniejszą krwią, byłby mnie pobudził do serdecznego śmiechu. Nie przepisawszy go, nie dokończywszy nawet czytać, odesłałem go, dołączając tę odpowiedź:

Opierałem się mej słusznej nieufności; obecnie, zbyt późno, poznaję Pana.

Oto więc list, na którego obmyślenie potrzebowałeś tyle czasu: zwracam go Panu; nie jest pisany do mnie. Co do mego listu, możesz go Pan pokazać całemu światu i nienawidzić mnie otwarcie; będzie to z Pańskiej strony jednym fałszem mniej.

Wzmianka, iż może pokazać moje poprzednie pismo, odnosiła się do jednego punktu jego listu, z którego będzie można osądzić głęboką przebiegłość, z jaką pokierował tą sprawą.

Wspomniałem, iż wobec ludzi nie obznajmionych z całą kwestią list mój mógł dostarczyć wiele argumentów przeciw mnie. Grimm spostrzegł to z radością; ale jak wyzyskać tę przewagę, nie narażając siebie? Pokazując list, ściągał na siebie zarzut, iż nadużył ufności przyjaciela. Aby wyjść z tego kłopotu, postanowił zerwać ze mną w sposób najbardziej dotkliwy i zaznaczyć w swoim liście łaskę, jaką mi czyni, iż nie pokazuje mego listu. Był zupełnie pewien, że w pierwszym porywie wzgardzę tą udaną dyskrecją i pozwolę mu pokazać mój list całemu światu. Tego właśnie pragnął i wszystko spełniło się tak, jak przygotował. Puścił w obieg mój list po całym Paryżu, z komentarzami swego wymysłu, które wszelako nie zyskały takiego sukcesu, jak sobie obiecywał. Uważano, iż pozwolenie pokazania listu, które ze mnie wycisnął, nie obmywa go z zarzutu, iż tak lekko wziął mnie za słowo, aby mi szkodzić. Pytano uporczywie, jakie są moje osobiste przewiny wobec niego, zdolne usprawiedliwić podobną nienawiść. Wreszcie uważano, że gdybym nawet ponosił winy, które kazałyby mu zerwać, przyjaźń, nawet wygasła, posiada jeszcze pewne prawa, i te prawa powinien był uszanować. Ale na nieszczęście Paryż jest lekki; doraźne refleksje rychło zacierają się w pamięci. Nieszczęsny nieobecny idzie w kąt, tryumfator narzuca się swą obecnością; intryga i złośliwość podają sobie ręce, ponawiają ataki i niebawem działanie ich, wciąż podejmowane na nowo, zaciera poprzednie wrażenia.

Oto jak, omamiwszy mnie na tak długo, człowiek ten zrzucił wreszcie maskę, przekonany, iż w stanie rzeczy, do którego doprowadził, już jej nie potrzebuje. Zwolniony od obawy skrzywdzenia we własnym sercu tego nędznika, zdałem go jego własnemu losowi i przestałem o nim myśleć. W tydzień po otrzymaniu tego listu nadeszła również od pani d’Epinay odpowiedź, datowana z Genewy, na mój poprzedni list (plik B, nr 10). Z tonu, jaki przybrała po raz pierwszy w życiu, zrozumiałem, iż oboje, licząc na powodzenie swego planu, działają w porozumieniu i że uważając mnie za człowieka zgubionego bez ratunku, oddają się już bez ryzyka przyjemności zdławienia mnie do reszty.

Stan mój, w istocie, był w najwyższym stopniu opłakany. Widziałem, iż wszyscy oddalają się ode mnie, nie mogłem zaś zrozumieć jak i dlaczego. Diderot, który chełpił się, że ostał się przy mnie, i to sam jeden, od trzech miesięcy przyrzekał mi swoje odwiedziny, ale nie przybywał. Nadchodziła zima, wraz z nią dawały mi się uczuć napady zwykłych cierpień. Natura moja, mimo iż silna, nie mogła wytrzymać starcia tylu sprzecznych namiętności: znajdowałem się w stanie wyczerpania, które nie zostawiało mi sił ani odwagi do jakiegokolwiek odporu. Gdyby moje zobowiązania, gdyby ustawiczne przedstawienia Diderota i pani d’Houdetot pozwoliły mi nawet w tej chwili opuścić Pustelnię, nie wiedziałem ani gdzie iść, ani jak się dowlec. Tkwiłem nieruchomy i ogłupiały, nie zdolny działać ani myśleć. Sama myśl o zrobieniu kroku, napisaniu listu, wyrzeczeniu słowa przyprawiała mnie o drżenie. Nie mogłem wszelako zostawić listu pani d’Epinay bez odpowiedzi; znaczyłoby to uznać się godnym obejścia, jakim ona i jej przyjaciel mnie sponiewierali. Postanowiłem zaznaczyć swoje uczucia i zamiary, nie wątpiąc ani na chwilę, iż ludzkość, wspaniałomyślność, przyzwoitość, dobre skłonności, jakich mimo wszystko dopatrywałem się w niej, każą pani d’Epinay bez wahania przychylić się do nich. Oto mój list.