List Pański z 17 grudnia otrzymałam dopiero wczoraj. Przesłano mi go w skrzynce pełnej rozmaitych rzeczy, która wędrowała cały ten czas. Odpowiem jedynie na przypisek; co do listu, nie rozumiem go dobrze; gdybyśmy znaleźli sposobność do wyjaśnień, rada byłabym wszystko, co zaszło, położyć na karb nieporozumienia. Wracam do przypisku. Przypomina Pan sobie zapewne, iż ułożyliśmy się, że zasługi ogrodnika Pustelni będą przechodzić przez Pańskie ręce, aby mu tym wyraźniej dać uczuć, że zależny jest od Pana, i aby Panu oszczędzić niedorzecznych i nieprzyzwoitych scen, na jakie sobie pozwalał jego poprzednik. Dowodem tego jest, iż pierwsze kwartały jego zasług oddano Panu do rąk i że ugodziliśmy się na krótki czas przed moim wyjazdem, iż odbierze Pan to, co Pan wyłożył. Wiem, że Pan czynił zrazu trudności w tej mierze; ale wszakże tych zaliczek udzielił Pan na moją prośbę, prostym było tedy, iż ja je pokryję; porozumieliśmy się zresztą co do tego punktu. Otóż Cahouet695 donosi mi, że Pan nie chciał przyjąć pieniędzy. Jest w tym niewątpliwie jakieś nieporozumienie. Wysyłam równocześnie rozkaz, aby Panu wręczono tę kwotę, i nie rozumiem, dlaczego Pan chce płacić mego ogrodnika, wbrew umowie i nawet poza termin, do którego mieszkałeś w Pustelni. Spodziewam się tedy, iż przypomniawszy sobie wszystkie okoliczności, które miałam zaszczyt przytoczyć, nie odmówisz przyjęcia zwrotu sumy, jaką zechciałeś uprzejmie zaliczyć na mój rachunek.
Po wszystkim, co zaszło, nie mogąc już mieć zaufania do pani d’Epinay, nie chciałem wchodzić z nią w żadne stosunki; nie odpowiedziałem na list i korespondencja urwała się. Widząc, że decyzja moja jest niezłomna, i ona również zajęła zdecydowane stanowisko; wchodząc od tej chwili we wszystkie intencje Grimma i Holbachowskiej koterii, dołączyła swoje wysiłki do ich starań, aby mnie zepchnąć na dno. Podczas gdy oni pracowali w Paryżu, działała w Genewie. Grimm, który później pospieszył tam za panią d’Epinay, dokończył tego, co ona zaczęła. Tronchin, którego bez trudu przyszło im pozyskać, wspierał ich potężnie i stał się najzajadlejszym z moich prześladowców, mimo iż, podobnie jak Grimm, nie miał nigdy żadnego powodu do uskarżania się na mnie. Wszyscy troje jednomyślnie zasiali w Genewie ziarno, które, jak się pokaże, wzeszło w cztery lata później.
Trudniej przyszło im to w Paryżu, gdzie byłem więcej znany i gdzie serca, mniej skłonne do nienawiści, nie tak łatwo przyjęły zatrute podszepty. Aby tym zręczniej zadać cios, zaczęli od rozgłaszania, że to ja z nimi zerwałem (patrz list Deleyre’a, plik B, nr 30). Następnie, udając wciąż moich przyjaciół, rozsiewali zręcznie złośliwe oskarżenia, niby to skargi na niesprawiedliwość przyjaciela. Dzięki tej postawie łatwiej zdołali znaleźć posłuch świata i skierować na mnie całe jego potępienie. Głuche oskarżenia o przewrotność i niewdzięczność, rzucane z wszelkimi pozorami dobroduszności, działały tym skuteczniej. Dowiedziałem się, iż obwiniają mnie o potworne niegodziwości, ale nigdy nie mogłem się dowiedzieć, na czym one polegają. Wszystko, co mogłem wyciągnąć z tych pogłosek, sprowadzało się do czterech kapitalnych zbrodni: 1° moje usunięcie się na wieś; 2° miłość do pani d’Houdetot; 3° odmowa towarzyszenia pani d’Epinay do Genewy; 4° opuszczenie Pustelni. Jeżeli dołączyli do tego inne zarzuty, wzięli się do tego tak zręcznie, iż wprost niepodobna mi było dowiedzieć się kiedykolwiek, co było ich przedmiotem.
Pod tą datą tedy mogę, jak sądzę, ustalić fundamenty systemu, przyjętego później przez tych, którzy rozrządzają mym losem. Postępy tej metody okazały się tak szybkie i skuteczne, iż wydawałyby się cudem dla kogoś, kto by nie wiedział, z jaką łatwością znachodzi696 grunt to, co sprzyja złośliwości ludzkiej. Postaram się w krótkich słowach przedstawić wszystko, co zdołałem poznać z tego tajemnego i głębokiego systemu.
Posiadając nazwisko sławne już i znane w całej Europie, zachowałem prostotę pierwszych swych upodobań. Śmiertelna niechęć do wszystkiego, co nazywa się stronnictwem, koterią, kliką, zachowała mnie wolnym, niezależnym, bez żadnego łańcucha prócz węzłów serca. Sam, obcy, odosobniony, bez oparcia, rodziny, dzierżący się jeno zasad swych i obowiązków, szedłem nieustraszenie drogą cnoty, nie schlebiając, nie oszczędzając nigdy nikogo z ujmą dla sprawiedliwości i prawdy. Co więcej, usunąwszy się od dwóch lat w samotnię, bez styczności z nowinkami, bez stosunków ze sprawami świata, niczego nie świadom i nie ciekawy żyłem o cztery mile od Paryża, równie odcięty od tej stolicy przez swą obojętność, co gdybym znajdował się za oceanem, gdzieś na wyspie Tinian697.
Grimm, Diderot, d’Holbach, przeciwnie, w samym centrum ruchu, żyli i bywali w najszerszym świecie, i dzielili poniekąd między siebie wszystkie jego sfery. Wielcy panowie, pięknoduchy, literaci, dygnitarze, kobiety — wszyscy mieli dla nich ucho. Można ocenić przewagę, jaką to położenie daje trzem ludziom doskonale zjednoczonym przeciw czwartemu, w położeniu, w jakim ja się znalazłem. To prawda, że Diderot i d’Holbach nie byli (przynajmniej trudno mi w to uwierzyć) ludźmi zdolnymi do zbyt czarnych knowań; jeden nie miał po temu dość złośliwości, drugi sprytu; ale to właśnie czyniło skład tej kliki tym doskonalszym. Grimm sam jeden budował w głowie plan i odsłaniał zeń tamtym obu jedynie tyle, ile było trzeba dla współdziałania. Wpływ, jaki miał na nich, czynił udział ten nader łatwym, a skutek odpowiadał w zupełności uzdolnieniom jego w tej mierze.
Z tym to niepospolitym talentem, czując przewagę swej pozycji, powziął projekt obalenia mej reputacji od fundamentów do stropu i nie narażając się samemu, stworzenia mi wręcz przeciwnej opinii. Zaczął od tego, iż wzniósł dokoła mnie gmach ciemności; a uczynił to tak zręcznie, iż niepodobna mi było przeniknąć jego machinacji, aby je oświecić i zdemaskować.
Przedsięwzięcie to było o tyle trudne, iż trzeba było złagodzić jego niegodziwość w oczach tych, którzy mieli w nim współdziałać. Trzeba było oszukać uczciwych ludzi, trzeba było odsunąć ode mnie cały świat, nie zostawić mi ani jednego przyjaciela, bądź wśród wielkich, bądź wśród małych. Co mówię! Trzeba było zapobiec, aby bodaj słowo prawdy nie przedostało się do mnie. Gdyby jeden szlachetny człowiek przyszedł mi powiedzieć: „Udajesz cnotliwego, a oto jak cię traktują i wedle czego cię sądzą: co możesz na to powiedzieć?”, wówczas prawda odniosłaby tryumf, a Grimm byłby zgubiony. Wiedział o tym, ale zgłębił własne serce i szacował ludzi tylko tyle, ile są warci. Przykro mi dla honoru ludzkości, iż obliczenia jego okazały się tak trafne.
Posuwając się w tych podziemiach, pragnąc iść pewnie, musiał iść wolno. Mija dwanaście lat, jak dąży za swoim planem, a najtrudniejsze zostaje jeszcze do zrobienia: to jest oszukać całą publiczność. Istnieją wśród niej oczy, które śledziły go pilniej, niż mniema. Lęka się tego i nie śmie jeszcze wydobyć swych knowań na światło dzienne698. Ale znalazł niezbyt trudny sposób wciągnięcia w to władzy, władzy, która ma mnie w ręku. Wsparty tą pomocą, posuwa się naprzód z mniejszym ryzykiem. Ponieważ satelici władzy mało zazwyczaj troszczą się o uczciwość, a jeszcze mniej o szczerość, nie zachodzi obawa niedyskrecji jakiegoś uczciwego człowieka. Rzeczą pierwszorzędnej wagi dla mego prześladowcy jest to, aby rozsnuć dokoła mnie nieprzeniknione ciemności i aby nici spisku były mi wciąż zakryte; wie dobrze, że mimo całej sztuki, z jaką usnuł swoje sieci, nie wytrzymałyby one mego spojrzenia. Jego wielka zręczność polega na tym, aby mnie pozornie oszczędzać wówczas, gdy mnie spotwarza, i aby nawet swojej perfidii nadać pozory wspaniałomyślności.
Pierwsze skutki tego systemu odczułem w głuchych oskarżeniach koterii Holbachowskiej, przy czym niepodobna mi było dowiedzieć się ani nawet domyślić, na czym polegają te oskarżenia. Deleyre donosił mi w listach, iż przypisują mi jakieś niegodziwości; Diderot, bardziej tajemniczo, powiadał toż samo; ilekroć zaś z jednym i drugim wdałem się w wyjaśnienia, wszystko sprowadzało się do kilku przytoczonych poprzednio punktów. Czułem stopniowe oziębienie w listach pani d’Houdetot. Nie mogłem tego oziębienia przypisać Saint-Lambertowi, który wciąż utrzymywał ze mną korespondencję niezmiennie przyjazną, a nawet odwiedził mnie za powrotem. Nie mogłem również poczuwać się sam do winy w tym względzie, ponieważ rozstaliśmy się bardzo serdecznie, nic zaś od tego czasu nie zaszło z mej strony poza wyjazdem z Pustelni, którego pani d’Houdetot sama odczuła konieczność. Nie wiedząc tedy, do czego odnieść to oziębienie, którego ona nie przyznawała, ale co do którego serce moje nie mogło się mylić, byłem niespokojny o wszystko. Wiedziałem, że liczy się niezmiernie z bratową i z Grimmem, z przyczyny ich zażyłości z Saint-Lambertem; lękałem się tego wpływu. Niepokój ten odnowił moje rany i wprowadził w mą korespondencję ton burzliwy, tak iż wreszcie pani d’Houdetot zmierziła ją sobie zupełnie. Domyślałem się mnóstwa drażniących i okrutnych rzeczy, nie widząc nic wyraźnie. Dla człowieka o łatwo zapalnej imaginacji trudno sobie wyobrazić nieznośniejsze położenie. Gdybym był zupełnie odosobniony, gdybym w ogóle o niczym nie wiedział, uspokoiłbym się może; ale serce moje tkwiło jeszcze w więzach, przez które nieprzyjaciele moi wiedzieli, iż mogą mnie dosięgnąć na tysiąc sposobów, a słabe promyki przenikające do mego schronienia służyły jedynie na to, aby mi dać odczuć mroki tajemnic, które mi ukrywano.