Mimo to samo dzieło, choć tak pełne słodyczy, uczyniło mi, przez moje zwyczajne niezgrabstwo i nieszczęście, nowego wroga w świecie literackim. Poznałem u pana de la Poplinière, Marmontela, i spotykałem go później w domu barona. Marmontel707 wydawał wówczas „Francuskiego Merkurego”. Zazwyczaj miałem tę dumę, iż nie posyłałem swoich utworów dziennikarzom; otóż, chciałem posłać Marmontelowi mój List, ale tak, aby nie sądził, iż czynię to, aby osiągnąć wzmiankę w „Merkurym”. Napisałem tedy na egzemplarzu, iż przesyłam go nie redaktorowi „Merkurego”, ale panu Marmontel. Sądziłem, iż czynię mu piękny komplement; on dopatrzył się w tym okrutnej zniewagi i stał się mym nieubłaganym wrogiem. Napisał o moim utworze w sposób grzeczny, ale z żółcią, którą się łatwo czuje; odtąd nie pominął żadnej sposobności szkodzenia mi w towarzystwie, a znęcania się nade mną pośrednio w swoich pismach. Tak trudno jest ugłaskać arcydrażliwą miłość własną literatów i tak bardzo należy pamiętać, aby w uprzejmościach, które się im świadczy, nie zostawić nic, co by mogło mieć bodaj najlżejszy pozór dwuznacznika!

(1759) Spokojniejszy ze wszystkich stron, skorzystałem ze swobody i niezależności, aby regularniej prowadzić swoje prace. Dokończyłem w ciągu zimy Julię i posłałem ją Reyowi, który dał ją wydrukować w następnym roku. Praca ta doznała jednak, mimo wszystko, przerwy, wskutek małej dywersji, dosyć nawet nieprzyjemnej. Dowiedziałem się, że przygotowują w Operze wznowienie Wiejskiego wróżka. Oburzony tym bezwstydnym rozporządzaniem mą własnością, wyszukałem memoriał, jaki swego czasu posłałem panu d’Argenson, a który został bez odpowiedzi, i przerobiwszy go trochę, doręczyłem go za pośrednictwem pana Sellon708, rezydenta Genewy, hrabiemu de Saint-Florentin, który zajął miejsce pana d’Argenson w wydziale Opery. Saint-Florentin przyrzekł odpowiedź, ale nie dał żadnej. Duclos, którego powiadomiłem o swoim kroku, pomówił z zarządem, który ofiarował się zwrócić mi nie operę, ale wolny bilet wstępu, teraz, kiedy nie mogłem zeń korzystać! Widząc, że z żadnej strony nie mogę się spodziewać sprawiedliwości, poniechałem całej sprawy; dyrekcja zaś Opery, nie odpowiadając na moje racje ani nie słuchając ich nawet, nadal pozwalała sobie rozporządzać Wiejskim wróżkiem jak swoją własnością i czerpać zeń zyski, które, bez żadnego zaprzeczenia, należą się jedynie mnie.

Od czasu jak strząsnąłem jarzmo tyranów, wiodłem dość przyjemne i spokojne życie. Pozbawiony uroku zbyt żywych przywiązań, byłem równocześnie wolny od ich kajdanów709. Zmierżony przyjaciółmi-protektorami, którzy chcieli bezwarunkowo rozrządzać mym losem i poddawać mnie, mimo mej chęci, niewoli swych rzekomych dobrodziejstw, postanowiłem na przyszłość trzymać się jedynie stosunków wspartych na prostej życzliwości, które nie krępując swobody, stanowią urok życia, a których podstawą jest obustronna równość. Tego rodzaju stosunków miałem tyle, ile było trzeba, aby kosztować słodyczy towarzystwa bez jego przymusu; skoro zaś spróbowałem tego rodzaju życia, uczułem, iż taki właśnie tryb odpowiada memu wiekowi i pozwala mi dokończyć dni w spokoju, z dala od burzy, swarów i udręczeń, które dopiero co na wpół mnie pogrążyły.

Podczas pobytu w Pustelni i od czasu osiedlenia się w Montmorency, poczyniłem w sąsiedztwie parę znajomości, miłych, a nie obowiązujących do niczego. Na ich czele był młody Loiseau de Mauléon710, który stawiając wówczas pierwsze kroki w palestrze711, nie wiedział, jakie go w niej czeka miejsce. Nie miałem, jak on, wątpliwości w tej mierze. Wywróżyłem mu rychło znakomitą przyszłość, którą też urzeczywistnił. Przepowiedziałem mu, że jeżeli okaże się surowym w wyborze spraw i zawsze będzie tylko obrońcą sprawiedliwości i cnoty, talent jego, podniesiony tym szczytnym poczuciem, dosięgnie wyżyn największych mówców. Poszedł za mą radą i odczuł jej słuszność. Obrona jego w sprawie pana de Portes godna jest Demostenesa712. Zjeżdżał, co roku, spędzić wakacje o ćwierć mili od Pustelni w Saint-Brice, w dobrach Mauléon, należących do jego matki, gdzie niegdyś mieszkał wielki Bossuet713. Oto dobra, których szlachectwo, po takich dziedzicach, niełatwe stało się do podtrzymania.

Miałem w tejże samej wiosce Saint-Brice księgarza Guérin, człowieka rozumnego, wykształconego, miłego i bardzo niepospolitego w swoim zawodzie. Zapoznał mnie również z Janem Néaulme, księgarzem z Amsterdamu, swoim wspólnikiem i przyjacielem, który później wydał Emila.

Miałem, bliżej jeszcze niż Saint-Brice, księdza Maltora, proboszcza z Grosley, bardziej stworzonego na męża stanu i na ministra niż na wioskowego proboszcza; gdyby talenty rozstrzygały o stanowiskach, powierzono by mu co najmniej rządy diecezji. Był on swego czasu sekretarzem hrabiego de Luc i znał bardzo blisko Jana-Baptystę Rousseau. Równie pełen szacunku dla pamięci tego znakomitego banity, co wstrętu do nikczemnego Saurina, który go zgubił, znał on z życia obu tych ludzi wiele ciekawych anegdotek, których Séguy nie pomieścił w życiorysie Russa, jeszcze rękopiśmiennym. Upewniał mnie, iż hrabia de Luc nie tylko nie miał powodu uskarżać się na Russa, ale zachował dlań do końca najgorętszą przyjaźń. Ksiądz Maltor, któremu pan de Vintimille714 dał był, po śmierci jego chlebodawcy, to dość przyzwoite stanowisko, współdziałał niegdyś w wielu sprawach, które mimo podeszłego wieku, miał jeszcze w pamięci i o których opowiadał bardzo dobrze. Rozmowa jego, nie mniej pouczająca jak ciekawa, nie trąciła bynajmniej wiejskim księżyną: łączył ton doskonałego światowca z wiadomościami dyplomaty. Był to ze wszystkich stałych sąsiadów człowiek, którego towarzystwo było mi najmilsze i którego najbardziej żal mi było porzucić.

Miałem w Montmorency znajomych oratorian, między innymi ojca Berthier715, profesora fizyki, który mimo lekkiej powłoki bakalarstwa716 pociągnął mnie przez swój szczery i dobroduszny charakter. Trudno mi było wszelako pogodzić tę wielką prostotę z ochotą i sztuką, jakie rozwijał, aby się wcisnąć wszędzie: między wielkich panów, kobiety, bigotów, filozofów. Umiał dostroić się do wszystkich. Bardzo lubiłem jego towarzystwo. Mówiłem o nim z tym i owym; widocznie to, co mówiłem, doszło do jego uszu. Jednego dnia, podśmiechując się, podziękował mi, iż uważam go za tak „poczciwą duszę”. Zauważyłem w śmiechu jego coś sardonicznego717, co zmieniło jego fizjonomię w moich oczach i co od tego czasu nieraz przychodziło mi na pamięć. Nie mogę lepiej porównać tego uśmiechu niż z uśmiechem Panurga, kupującego barany od Jendorka718. Znajomość nasza zaczęła się niedługo po mym przybyciu do Pustelni, gdzie ojciec Berthier odwiedzał mnie bardzo często. Osiadłem już na stałe w Montmorency, kiedy on opuścił je, aby zamieszkać w Paryżu. Widywał tam panią Le Vasseur. Jednego dnia, kiedy najmniej o tym myślałem, napisał do mnie w imieniu tej kobiety, zawiadamiając, iż pan Grimm ofiaruje się zapewnić jej utrzymanie, i prosząc o pozwolenie przyjęcia tej ofiary. Dowiedziałem się, iż chodzi o pensję trzystu funtów i że pani Le Vasseur ma zamieszkać w Deuil, między Chevrette a Montmorency. Nie umiem opisać wrażenia, jakie uczyniła na mnie ta wiadomość, która byłaby mniej zdumiewająca, gdyby Grimm miał dziesięć tysięcy funtów renty albo też gdyby jakieś łatwiejsze do zrozumienia stosunki wiązały go z tą kobietą. Swego czasu czyniono mi niepojętą zbrodnię z tego, iż ściągnąłem ją na wieś; otóż teraz pan Grimm zamierzał na nowo osadzić ją na wsi, jak gdyby ta osoba odmłodniała od owego czasu. Zrozumiałem, że dobra stara prosi mnie o pozwolenie, bez którego mogłaby się obejść, jedynie, aby się nie narazić na utratę zasiłku, jaki ma ode mnie. Mimo że to miłosierdzie wydało mi się bardzo niezwyczajne, nie uderzyło mnie jeszcze tyle wówczas, co w dalszym ciągu. Ale gdybym nawet wiedział wszystko to, co przeniknąłem później, i tak byłbym dał zezwolenie, tak jak to uczyniłem i jak byłem zmuszony uczynić, chyba żebym sam przelicytował ofiary pana Grimma. Od tego czasu ojciec Berthier wyleczył mnie nieco od pomawiania go o dobroduszność, która to reputacja jemu samemu wydała się tak ucieszna i w którą go tak nieopatrznie ustroiłem.

Ten ojciec Berthier miał dwóch znajomych, zabiegających się719 znowuż o mą znajomość. Czemu, nie wiem; niewiele bowiem było wspólności między naszymi upodobaniami. Były to dzieci Melchizedecha720: nikt nie znał ich ojczyzny, rodziny, ani prawdopodobnie istotnego nazwiska. Byli jansenistami, a uchodzili za przebranych księży, może dla śmiesznego sposobu noszenia rapierów, bez których się nie ruszali. Zadziwiająca tajemniczość, jaką otaczali każdy postępek, dawała im wygląd przywódców stronnictwa; nigdy też nie wątpiłem, że muszą pracować w jakieś duchownej gazetce. Jeden, wysoki, dobrotliwy, namaszczony, nazywał się Ferrand; drugi, mały, krępy, drwiący, obraźliwy — Minard. Byli rzekomo skuzynowani. Mieszkali w Paryżu, wraz z d’Alembertem721 u jego mamki, pani Rousseau; wynajęli zaś w Montmorency mały domek na lato. Prowadzili gospodarstwo sami, bez służącego, nawet bez chłopca do posyłek. Kolejno każdy z nich miał swój tydzień, w ciągu którego chodził na zakupy, gotował i sprzątał. Zresztą utrzymywali dom na stopie wcale przyzwoitej; jadaliśmy niekiedy wzajem u siebie. Nie wiem, dlaczego im zależało na mnie; co do mnie, zależało mi na nich jedynie dlatego, że grywali w szachy: aby uzyskać jedną lichą partyjkę, cierpiałem cztery godziny nudów. Ponieważ wciskali nos wszędzie i do wszystkiego chcieli się mieszać, Teresa nazywała ich „kumoszkami” i ta nazwa została im w Montmorency.

Takie były, obok mego gospodarza, pana Mathas, poczciwego człowieka, główne moje wiejskie znajomości. Zostało mi ich dosyć w Paryżu; mógłbym tam żyć, gdybym zechciał, przyjemnie, poza kołem pisarzy, w którym jednego tylko Duclosa liczyłem za przyjaciela, Deleyre bowiem był jeszcze zbyt młody. Mimo że, przyjrzawszy się z bliska machinacjom filozoficznej kliki odnośnie do mnie, odstrychnął się od niej zupełnie (lub przynajmniej tak mniemałem), nie mogłem jeszcze zapomnieć łatwości, z jaką zgodził się być wobec mnie rzecznikiem tych figur.

Przede wszystkim, miałem mego starego i szanownego przyjaciela, pana Roguin. Był to przyjaciel z dawnych dobrych czasów; zawdzięczałem go nie swoim pismom, ale samemu sobie i dla tej przyczyny zawsze został mi wierny. Miałem dobrego Leniepsa, mego krajana, oraz córkę jego, wówczas żyjącą jeszcze, panią Lambert. Miałem młodego Genewczyka, nazwiskiem Coindet; był to, o ile mi się zdawało, dobry chłopiec, dbały, uczynny, gorliwy, ale prostaczek, łatwowierny, łakomy, samochwał; ten zaczął mnie nawiedzać od początku mego osiedlenia w Pustelni i bez niczyjej poręki, jedynie siłą własnej wytrwałości, zadomowił się niebawem u mnie wbrew mej woli. Miał nieco zamiłowania do rysunku i kręcił się w kołach artystów. Przydał mi się, kiedy chodziło o sztychy do Julii; podjął się dozoru nad rysunkami i wykonaniem płyt i dobrze wywiązał się z zadania.