Niełatwo by mi może było uwolnić się od tej obawy, gdyby nadzwyczajna życzliwość pana marszałka nie upewniła mnie, że i tamte objawy sympatii mogę brać poważnie. Zadziwiające jest, zważywszy mój nieśmiały charakter, jak łatwo przyszło mi wziąć go za słowo, kiedy mnie zapewniał, iż stosunek nasz pragnie postawić na stopie absolutnej równości; nawzajem znów marszałek wziął mnie za słowo co do absolutnej niezależności, jaką chciałem zachować. Oboje księstwo, przeświadczeni, że mam słuszne powody czuć się zadowolony ze swego stanu i nie chcieć go odmieniać, ani przez chwilę nie zdawali się zaprzątać sakiewką mą ni losem. Mimo iż nie mogłem wątpić o ich serdecznym zainteresowaniu, nigdy nie częstowali mnie żadnym stanowiskiem ani nie nastręczali się ze swym poparciem, wyjąwszy jedyny raz, kiedy pani de Luxembourg okazywała chęć wprowadzenia mnie do Akademii Francuskiej. Zwróciłem uwagę na mą religię: oświadczyła, że to nie jest przeszkoda, w każdym zaś razie podejmowała się ją usunąć. Odpowiedziałem, iż mimo zaszczytu, jakim byłoby dla mnie być członkiem tak znamienitego ciała, wszelako skoro odmówiłem panu de Tressan i, do pewnego stopnia, królowi polskiemu, gdy mnie chciał powołać do Akademii w Nancy, nie wypada mi już wstępować do żadnej innej. Pani de Luxembourg nie nalegała i nie było już o tym mowy. Ta prostota stosunków z tak wielkim państwem, które mogło wszystko uczynić dla mnie, ile że pan de Luxembourg był, i wart był być, osobistym przyjacielem króla, stanowi osobliwy kontrast z nieustanną, równie natrętną, jak niewczesną opieką przyjaciół-protektorów, z którymi świeżo się rozstałem i których dążeniem było nie tyle usłużyć mi, ile mnie poniżyć.
Kiedy pan marszałek przybył mnie odwiedzić w Mont-Louis, przyjąłem go, wraz z jego świtą, w swoim jedynym pokoju, wielce zafrasowany: nie dlatego, że musiałem go posadzić wśród brudnych talerzy i potłuczonych garnków, ale dlatego, iż podłoga, wpółzgniła, rozsypywała się w próchno; obawiałem się, aby pod ciężarem tak licznego grona nie zapadła się zupełnie. Mniej zaprzątnięty własnym niebezpieczeństwem, ile tym, na które ów dobry pan wystawia się przez swą uprzejmość, co prędzej pokwapiłem się wyprowadzić go z domu, wiodąc mimo zimna, jakie jeszcze panowało, do mej baszty, otwartej na przestrzał i bez kominka. Kiedyśmy się tam znaleźli, wyjaśniłem powód swej niegościnności. Książę opowiedział wizytę pani marszałkowej i oboje nalegali na mnie, abym w oczekiwaniu aż naprawią mi podłogę, przyjął mieszkanie w zamku lub też, jeśli wolę, w ustronnym budynku położonym wśród parku a noszącym miano „zameczku”. Ta czarowna siedziba zasługuje, aby o niej wspomnieć.
Park lub ogród w Montmorency nie jest położony na równinie jak park w Chevrette. Jest nierówny, górzysty, sfalowany wzgórzami i dolinami, które zręczny artysta wyzyskał, tworząc z nich malownicze gaje, kaskady, perspektywy i w ten sposób siłą sztuki i talentu niejako pomnożył przestrzeń, samą z siebie dość szczupłą. Park ten uwieńczony jest u szczytu terasą i zamkiem; w dole tworzy on jakby gardziel, która otwiera się i rozszerza ku dolinie, a której zagłębienie wypełnione jest wielką płaszczyzną wodną. Między oranżerią, która zajmuje szerszy wylot kotliny, a jeziorem, otoczonym zboczami strojnymi w krzewy i drzewa, znajduje się ów zameczek. Budowla ta, z otaczającym kawałem ziemi, należała niegdyś do sławnego Le Brun743, który wzniósł ją i przystroił z owym wytwornym smakiem zdobnictwa i architektury, jakim odznaczał się ten wielki malarz. Zameczek ten od tego czasu przebudowano, ale zawsze wedle pierwotnego rysunku. Jest mały, skromny, ale wykwintny. Ponieważ mieści się w kotlinie, między basenem oranżerii a wielką sadzawką, a tym samym narażony jest na wilgoć, przebito go w środku przejrzystym perystylem744, wspartym na dwóch rzędach kolumn. Przewiew powietrza rozprowadzony po całym budynku sprawia, iż jest suchy mimo swego położenia. Kiedy się patrzy na tę budowlę z przeciwległej wyżyny, wydaje się ona ze wszystkich stron otoczona wodą; mamy wrażenie, że widzimy zaczarowaną wyspę, albo też najpiękniejszą z trzech Wysp Boromejskich, zwaną Isola bella na Lago maggiore.
W tym to samotnym budynku dano mi do wyboru jedno z czterech kompletnych mieszkań, które zawiera, poza parterem, złożonym z sali balowej, bilardowej i kuchni. Wybrałem najmniejsze i najskromniejsze mieszkanko nad kuchnią, którą również objąłem w posiadanie. Pokoje były uroczo schludne; umeblowanie białe z niebieskim. W tej to głębokiej i rozkosznej samotni, w otoczeniu wód i lasów, wśród koncertu ptasząt, zapachu kwiatu pomarańczowego, ułożyłem, w nieustającej ekstazie, piątą księgę Emila, której dość świeży koloryt zawdzięczam w znacznej mierze ożywczym wpływom miejsca, w którym ją pisałem. Z jakąż skwapliwością biegłem co rano, o wschodzie słońca, wdychać balsamiczne powietrze! Jakąż smaczną kawę z mlekiem pijałem sam na sam z Teresą! Kotka moja i pies dotrzymywały nam towarzystwa. Ten dwór wystarczyłby mi na całe życie, nie dając zaznać ani chwili nudów. Czułem się tam jak w raju; żyłem w iście rajskiej niewinności i kosztowałem takiegoż szczęścia.
W czasie pobytu swego w lipcu oboje księstwo de Luxembourg okazali mi tyle względów, świadczyli tyle serdeczności, iż, mieszkając u nich i obsypywany świadectwami dobroci, nie mogłem odwdzięczyć się inaczej jak tylko dotrzymując im pilnie towarzystwa. Nie opuszczałem ich prawie wcale. Rano szedłem przedłożyć służby pani marszałkowej; zatrzymywano mnie na obiedzie; po południu towarzyszyłem na przechadzkę panu marszałkowi; ale nie wieczerzałem w zamku, z przyczyny zbyt licznych gości i ponieważ wieczerzano, jak dla mnie, zbyt późno. Aż dotąd wszystko było na miejscu i nie byłoby w tym jeszcze nic złego, gdybym umiał się na tym ograniczyć. Ale nigdy nie potrafiłem zachować miary w przywiązaniu i dopełnić po prostu powinności towarzyskich. Dawałem zawsze wszystko albo nic; niebawem dałem wszystko. Widząc się podejmowanym, psutym przez osoby takiego stanowiska, przekroczyłem granice i powziąłem dla nich przyjaźń, jaką wolno jest mieć tylko dla równych sobie. Wlałem w stosunek do nich całą serdeczną poufałość, podczas gdy oni w swoim zachowaniu nigdy nie wyszli z granic grzeczności, do której mnie przyzwyczaili. Mimo to nigdy nie czułem się bardzo swobodny z panią marszałkową. Jakkolwiek nie byłem zupełnie pewien jej charakteru, mniej obawiałem się go jeszcze niż jej dowcipu. To była rzecz, która mi w niej najbardziej imponowała. Wiedziałem, że jest wybredna w towarzystwie i że ma prawo po temu. Wiedziałem, że kobiety, a zwłaszcza wielkie panie, chcą bezwarunkowo, aby je bawić, i że lepiej jest obrazić je niż znudzić. Z komentarzy jej o ludziach, którzy dopiero co opuścili salon, zgadywałem, co musi myśleć o moich niezgrabstwach. Wpadłem na sposób, aby się ocalić od kłopotu rozmowy: mianowicie czytać. Słyszała o Julii; wiedziała, że jest w druku; objawiła chęć poznania tego utworu. Ofiarowałem się przeczytać; przystała. Co rano udawałem się do niej o dziesiątej: pan de Luxembourg zjawiał się również; zamykano drzwi. Czytałem, siedząc przy łóżku księżnej, i miarkowałem takie dawki lektury, iż byłoby jej starczyło na cały pobyt, gdyby nawet nie uległ przerwie. Powodzenie tego środka przeszło moje oczekiwanie. Pani de Luxembourg oszalała na punkcie Julii i jej autora; mówiła tylko o mnie, zajmowała się jedynie mną, prawiła mi komplementa od rana do wieczora, ściskała mnie po dziesięć razy dziennie. Życzyła sobie, abym przy stole siedział zawsze obok niej; kiedy kto z panów chciał zająć to miejsce, powiadała, że jest moje i sadzała go gdzie indziej. Można osądzić, jakie wrażenie czyniło na mnie to czarujące obejście, na mnie, którego tak ujmują najmniejsze objawy życzliwości. Przywiązałem się prawdziwie do marszałkowej, w proporcji do przywiązania, które ona mi objawiała. Patrząc na te zachwyty i czując w sobie tak mało uroków zdolnych je podtrzymać, jedyną mą obawą było to, aby nie zmieniły się one w przesyt; nieszczęściem dla mnie, obawa aż nazbyt uzasadniona!
Musiała snadź istnieć jakaś przyrodzona sprzeczność między jej a moim krojem umysłu, skoro, niezależnie od mnóstwa niezręczności, które mi się raz po raz wyrywały w rozmowie, w listach nawet (i to wówczas, kiedy byliśmy najlepiej), trafiały się rzeczy, które się nie podobały księżnej, ja zaś nie mogłem odgadnąć dlaczego. Dam jeden przykład, a mógłbym dać ich dwadzieścia. Marszałkowa wiedziała, że sporządzałem dla pani d’Houdetot kopię Heloizy, po tyle a tyle od strony. Chciała również mieć kopię na tych samych warunkach. Przyrzekłem. Pomieszczając ją tym samym w liczbie swoich klientek, chciałem jej napisać coś ujmującego i grzecznego w tym przedmiocie; taki był przynajmniej mój zamiar. Oto odpowiedź, która ściągnęła mnie z chmur (plik C, nr 43).
Wersal, wtorek
Jestem szczęśliwa, jestem zachwycona; list Pański sprawił mi niezmierną przyjemność: spieszę, aby Panu donieść o tym i podziękować.
Oto co mi Pan pisze: „Mimo że jest Pani niewątpliwie bardzo szacowną klientką, mam niejakie skrupuły, aby przyjmować od Niej pieniądze: mnie by to raczej przystało opłacać przyjemność, którą jest dla mnie móc pracować dla Pani”. To dla mnie dosyć. Przykro mi, że nie wspomina Pan nigdy o swym zdrowiu, które obchodzi mnie nad wszystko. Jestem Panu oddana z całego serca; upewniam, iż z wielkim żalem przychodzi mi to pisać i że byłoby mi bardzo miło móc to Panu wyrazić osobiście. Pan de Luxembourg również kocha Pana bardzo i ściska go z całego serca.
Otrzymawszy ten list, czym prędzej pospieszyłem odpowiedzieć, aby, nim zdołam ściślej rozpatrzyć rzecz całą, zaprotestować bodaj przeciw wszelkiemu ujemnemu rozumieniu mego listu. Straciwszy kilka dni na dociekaniach, z niepokojem łatwym do pojęcia, a ciągle nie mogąc nic zrozumieć, oto jaką wreszcie przesłałem ostatnią odpowiedź w tej materii.