Niebawem oswoiłem się ze złym obchodzeniem i z wszelkimi karami. Stałem się na nie mniej wrażliwy: wydawały mi się po prostu rodzajem haraczu od kradzieży, który upoważnia mnie niejako do jej uprawiania. Miast obracać oczy wstecz i myśleć o karze, obracałem je wprzód i myślałem o pomście. Skoro mnie bito jak hultaja, uważałem, że mam prawo nim być. Mniemałem, że kraść i brać kije, to rzeczy, które idą razem i stanowią rodzaj rzemiosła; wypełniając tedy część tego zawodu, która zależała ode mnie, zostawiałem pryncypałowi troskę o spełnienie drugiej części. Umocniony tym poglądem, uprawiałem kradzież z większym spokojem niż poprzednio. Mówiłem sobie: „Cóż mi się wreszcie stanie? Dostanę kije. Niech i tak będzie, toć moje przeznaczenie i moja rola”.
Lubię jeść, nie będąc żarłoczny: jestem więcej zmysłowcem111 niż smakoszem. Zbyt wiele innych zamiłowań odciąga mnie od tej namiętności. Interesowałem się mym podniebieniem jedynie wtedy, gdy serce było bezczynne, a to zdarzało mi się w życiu tak rzadko, że niewiele miałem czasu myśleć o smakołykach. Oto czemu nie długo ograniczałem moje hultajstwa do wiktuałów i rozciągnąłem je niebawem na wszystko, co mnie nęciło; jeśli nie stałem się formalnym złodziejem, to dlatego, że nigdy nie kusiły mnie pieniądze. We wspólnym warsztacie, majster miał osobny warsztacik zamykany na klucz; znalazłem sposób otwierania drzwiczek i zamykania ich z powrotem tak, żeby nikt nie spostrzegł. Tam gospodarowałem sobie w jego przednich narzędziach, najlepszych rysunkach, formach, we wszystkim, co budziło we mnie pożądliwość, a co on starał się chować przede mną. W gruncie, kradzieże te były bardzo niewinne, boć rezultat ich szedł ostatecznie na dobro pryncypała; ale radość sprawiało mi mieć te drobiazgi, zdawało mi się, że kradnę sam talent wraz z jego wytworami. Poza tym, były tam skrzynki z odpadkami złota i srebra, klejnociki, rzadkie pieniądze. Jeżeli miałem kiedy parę groszaków w kieszeni, to było dużo, mimo to nie tylko nie ruszyłem nigdy tych skarbów, ale nie przypominam sobie nawet, abym je kiedy obrzucił pożądliwym spojrzeniem: widok ich budził we mnie więcej grozy niż przyjemności. Pewien jestem, że tę grozę przed kradzieżą pieniędzy i wszystkiego, co można na nie zmienić, zawdzięczałem wychowaniu. Łączyły się z tym pojęcia hańby, więzienia, kary, szubienicy, które wystarczały, aby mnie przerazić gdybym nawet czuł pokusę; gdy zwykłe moje nadużycia zdały mi się jeno psotą i w istocie nie były czym innym. Wszystko, co mi groziło za nie, to jedynie porządne wały z ręki majstra, a z tym godziłem się z góry.
Ale, jeszcze raz powtarzam, nie czułem nawet pokusy na tyle, abym się musiał wstrzymywać; nie było tu walki. Arkusik ładnego papieru do rysowania kusił mnie więcej niż pieniądz, za który mógłbym dostać całą ryzę. Ta właściwość charakteru tak wielki miała wpływ na moje postępowanie w wielu okolicznościach, że trzeba mi ją wytłumaczyć.
Podlegam namiętnościom bardzo gorącym: podczas ich działania, gwałtowność moja dochodzi wręcz ostatecznych granic. Nie znam wówczas ani względów, ani szacunku, ani obawy, ani przyzwoitości; jestem cyniczny, bezczelny, brutalny, nieustraszony; nie ma hańby, która by mnie mogła wstrzymać, niebezpieczeństwa, które by mnie przestraszyło; poza jednym przedmiotem, który mnie pochłania, świat dla mnie nie istnieje. Ale to trwa tylko moment; w chwilę potem, popadam w bezwład i obojętność.
W stanie spokoju jestem bezgranicznie bierny, trwożliwy nawet; wszystko mnie uraża, mrozi; mucha zdolna jest mnie wystraszyć. Jedno słowo, jeden gest stanowią dla mego lenistwa nieprzeparty wysiłek; wstyd i obawa paraliżują mnie tak, że rad bym ukryć się przed całym światem. Gdy trzeba działać, nie wiem, co robić; gdy trzeba się odezwać, nie wiem, co mówić; kiedy na mnie patrzą, czuję się zbity z tropu. Porwany uniesieniem, umiem niekiedy znaleźć wyrazy; ale w zwyczajnej rozmowie nie znajduję nic, zupełnie nic i każda rozmowa jest mi nieznośna przez to samo, że zmuszony jestem mówić.
Zważcie przy tym, iż żadne z mych zasadniczych upodobań nie opiera się na rzeczach do kupienia. Trzeba mi rozkoszy czystych, a pieniądz każdą zatruwa. Lubię na przykład uciechy stołu; ale nie mogąc ścierpieć ani przymusu wykwintnego towarzystwa, ani plugastwa traktierni112, umiem ich kosztować jedynie z przyjacielem; sam nie, wówczas bowiem wyobraźnię moją zaprząta co innego i nie znajduję w jedzeniu żadnej przyjemności. O ile moja wrząca krew domaga się kobiet, o tyle tkliwe serce jeszcze silniej domaga się miłości. Kobiety nabyte za pieniądze straciłyby dla mnie cały urok; wątpię nawet, czy przemógłbym na sobie to, aby z nich korzystać. Tak samo z każdą przyjemnością: jeżeli związana jest z zapłatą, wydaje mi się bez smaku. Lubię tylko te słodycze, które nie należą do nikogo, a raczej do pierwszego z brzegu umiejącego je smakować.
Nigdy pieniądz nie wydawał mi się rzeczą tak cenną, za jaką go uważają. Co więcej, nigdy nie wydał mi się przedmiotem zbyt poręcznym; nie służy do niczego sam przez się, trzeba go dopiero zmienić na coś, aby się nim cieszyć; trzeba kupować, targować się, często być oszukanym, dobrze płacić za lichą usługę. Pragnę, aby każda rzecz była w dobrym gatunku — za pieniądze mogę być pewny, że dostanę lichą. Płacę drogo za świeże jajko, okazuje się zleżałe; za piękny owoc, jest zielony; za dziewczynę, jest zarażona. Lubię dobre wino, ale gdzie go szukać? U handlarza? Co bądź bym czynił, zawsze mnie struje. Pragnę za wszelką cenę być dobrze obsłużony; co tu trudności, kłopotów! Starać się o przyjaciół, sekretarzy, dawać zlecenia, pisać, chodzić, jeździć, czekać — i często w końcu być oszukanym. Co tu utrapień za własne pieniądze! Lękam się ich jeszcze więcej, niż lubię dobre wino.
Tysiąc razy, za czasu terminatorstwa i później, zdarzyło mi się wyjść z domu w zamiarze kupienia łakoci. Zbliżam się do cukierni, spostrzegam jakieś kobiety przy ladzie; już widzę jak się śmieją i żartują z małego łakotnisia. Przechodzę koło owocarki, zerkam na piękne gruszki, nęci mnie ich zapach; ale sterczy w pobliżu paru młodych ludzi i patrzą; ktoś kto mnie zna stoi przed sklepem! Widzę z daleka nadchodzącą dziewczynę; czy to nie służąca z sąsiedztwa? Krótki wzrok nastręcza mi mnóstwo sposobności do złudzeń. Każdy przechodzień wydaje mi się znajomy; wszędzie mnie coś onieśmiela, wszędzie jakaś przeszkoda; rośnie wstyd wraz z pragnieniem i bierze nad nim górę; wreszcie wracam do domu jak głupiec, trawiony pożądaniem, mając w kieszeni środki i nie śmiejąc sobie nic kupić.
Musiałbym wchodzić w najgłupsze szczegóły, gdybym chciał malować wstyd, odrazę, utrapienia, wszelakiego rodzaju ohydy, których zawsze doznawałem, gdy chodziło o wydanie własnych pieniędzy dla siebie czy dla drugich. W miarę jak, zapuszczając się ze mną w moje życie, czytelnik zapozna się z mym charakterem, odczuje sam wszystko, bez potrzeby rozwodzenia się nad tym z mej strony.
To pojąwszy, każdy będzie mógł pojąć bez trudu jedną z mych rzekomych sprzeczności: połączenie brudnego niemal skąpstwa z największą pogardą pieniędzy. Jest to rzecz dla mnie tak nieporęczna, że nawet mi się nie śni pożądać pieniędzy, których nie mam; a kiedy je mam, długo je przechowuję bez użytku, w niemożności zużycia ich wedle ochoty. Ale niech tylko się nadarzy przyjemna sposobność, korzystam z niej tak sumiennie, że sakiewka opróżnia się w mgnieniu oka. Nie szukajcie też we mnie zwykłego narowu skąpców, to znaczy wydatków dla popisu; wręcz przeciwnie, wydaję potajemnie i dla przyjemności. Daleki od szukania w wydatkach chluby, kryję się z nimi. Czuję tak dobrze, że pieniądz jest nie dla mnie, że niemal wstyd mi jest go posiadać, a bardziej jeszcze zeń korzystać. Gdybym kiedy posiadał dochód wystarczający, aby żyć dostatnio, nie miałbym żadnej skłonności do skąpstwa, tego jestem pewny; wydawałbym moje dochody, nie starając się ich mnożyć. Ale moje położenie, trudne i niepewne, trzyma mnie w nieustannej obawie. Ubóstwiam swobodę; mam wstręt do skrępowania, do trudu, niewoli. Póki trwają pieniądze w sakiewce, póty trwa i niezależność: uwalniają mnie od gonienia za zarobkiem, co zawsze wstręt budziło we mnie. Lękając się tedy, iż niebawem się wyczerpią, duszę je. Pieniądz, który człowiek posiada, to swoboda; ten, za którym goni — to niewola. Oto czemu, kiedy je mam, duszę je, nie pragnąc niczego.