W uniesieniu rozpaczy rzuciłem się na szaniec i zacząłem gryźć ziemię. Koledzy, śmiejąc się ze swego nieszczęścia, pogodzili się z nim rychło. I ja pogodziłem się również, ale w odmienny sposób. Przysiągłem w tejże chwili nie wrócić nigdy do pryncypała; kiedy nazajutrz, skoro otwarto bramy, koledzy wesoło podążyli do miasta, pożegnałem się z nimi na zawsze, prosząc jedynie, aby uwiadomili w sekrecie krewniaka mego Bernarda o mym postanowieniu i aby mu wskazali miejsce, gdzieby się mógł zobaczyć ze mną raz ostatni.
Od mego wstąpienia do terminu, straciliśmy się z oczu z krewniakiem. Przez jakiś czas spotykaliśmy się w niedzielę; ale stopniowo czuliśmy, jak wkrada się między nas pewna obcość, spotkania nasze stały się coraz rzadsze. Jestem przekonany, iż matka jego wiele przyczyniła się do tej zmiany. On pozostał chłopcem z wyższej sfery, ja, mizerny terminator, należałem już do plebsu. Mimo równości urodzenia nie byliśmy już równi stanem; przestawać ze mną znaczyło zniżać się. Bądź co bądź, stosunki nie przerwały się zupełnie; a że to był chłopiec z natury dobry, szedł niekiedy, mimo wskazówek matki, za popędem serca. Powiadomiony o mym zamiarze, przybiegł, nie aby mnie od niego odwodzić albo też go podzielić, ale aby za pomocą drobnych podarków osłodzić nieco mą ucieczkę: własne zasoby nie mogły mnie zawieźć zbyt daleko! Dał mi między innymi szpadkę, którą byłem bardzo zachwycony; nosiłem ją aż do Turynu, gdzie z konieczności musiałem się jej pozbyć. Im bardziej zastanawiałem się później nad sposobem, w jaki Bernard postąpił sobie ze mną w owym krytycznym momencie, tym bardziej jestem przekonany, iż poczynał sobie wedle wskazówek matki, może i ojca; nie jest możebne, aby sam z siebie nie próbował w jakiś sposób mnie zatrzymać lub nie objawił chęci towarzyszenia mi — tymczasem nic! Owszem120, raczej umacniał mnie w zamiarze, niż odwodził od niego; a gdy wreszcie widział, że jestem zupełnie zdecydowany, pożegnał się bez zbytniego wzruszenia. Nigdyśmy od tego czasu nie pisali do siebie ani się nie widzieli. Szkoda, była to natura na wskroś dobra; byliśmy stworzeni, aby się kochać wzajemnie.
Zanim się oddam na łup fatalności swego losu, niech mi będzie wolno obrócić jeszcze oczy na dolę, której mogłem się spodziewać, gdybym się dostał w ręce lepszego zwierzchnika. Nie było nic zgodniejszego z mym usposobieniem ani sposobniejszego, by mnie uczynić szczęśliwym, niż skromny i spokojny zawód rękodzielnika, w pewnym rzemiośle zwłaszcza, np. rytownika w Genewie. Ten zawód, dość zyskowny, aby zapewnić dostatnie utrzymanie, a nie dość, aby obudzić żądzę bogactwa, byłby na resztę życia zakreślił granice mej ambicji, byłby mnie zamknął w mojej sferze, nie dając żadnego sposobu wydobycia się poza nią. Posiadając wyobraźnię dość bogatą, aby rojeniami jej ozdobić każde położenie; dość potężną, aby z jej pomocą przenosić się, że tak powiem, w dowolne horyzonty, niewiele byłbym dbał o istotne warunki życia. Między miejscem mego zamieszkania a najbliższym zamkiem na księżycu nie mogła istnieć taka odległość, abym z łatwością nie zdołał jej przebyć w każdej chwili. Z tego właśnie wynikło, iż zawód najprostszy, najmniej wymagający kłopotu i zabiegów, zostawiający myślom najwięcej swobody, byłby najzgodniejszy z mą naturą; a takim było właśnie rzemiosło, które miałem porzucić. Byłbym spędził na łonie mej religii, ojczyzny i przyjaciół życie spokojne i ciche, takie, jakie odpowiadało memu charakterowi, wśród jednostajnej umiłowanej pracy, w małym dobranym kole. Byłbym dobrym chrześcijaninem, dobrym obywatelem, rzemieślnikiem, dobrym człowiekiem we wszystkim. Byłbym kochał swój zawód, może stałbym się jego ozdobą; i, przeżywszy lata cichego i prostego, ale równego i pogodnego życia, umarłbym spokojnie w otoczeniu bliskich. Wkrótce zapomniano by o mnie, to pewna; bądź co bądź, żałowano by mnie przynajmniej tak długo, jak długo by przetrwało bodaj nikłe wspomnienie.
W miejsce tego... Jakiż obraz przyjdzie mi nakreślić? Ach, nie uprzedzajmy nieszczęść mego życia; aż nadto trzeba mi będzie zaprzątać czytelników tym smutnym przedmiotem.
Księga II
(1728–1731). O ile chwila, w której strach podsunął mi zamiar ucieczki, była smutna, o tyle samo wykonanie zdało mi się urocze. Dzieckiem jeszcze121, rzucić kraj, rodzinę, wszelkie podpory, środki, opuszczać naukę na wpół przebytą, nie nauczywszy się rzemiosła na tyle, aby żyć z niego; wydać się na pastwę biedy, nie widząc żadnego sposobu wydobycia się z niej; w wieku pustoty122 i niewinności wystawiać się na wszystkie pokusy grzechu i rozpaczy; w dalekich stronach szukać nędzy, upadku, niebezpieczeństw, niewoli i śmierci, w jarzmie o wiele twardszym od tego, którego nie mogłem udźwignąć — oto co miałem uczynić; oto perspektywy, które powinienem był sobie uzmysłowić. Jakże odmienne tymczasem kreśliłem horyzonty! Pełnia swobody, którą zdobyłem sobie w mym mniemaniu, była jedynym uczuciem, jakiemu byłem dostępny. Czując się wolnym i panem siebie, mniemałem, iż mogę dopiąć wszystkiego: wystarczał mi jeden rzut, aby się wznieść i szybować w przestworzach. Wkraczałem z ufnością na szeroką scenę świata; spodziewałem się wypełnić ją wartością mej osoby. Na każdym kroku spodziewałem się spotkać uczty, skarby, przygody, usłużnych przyjaciół, kochanki ubiegające się o moje względy; samym ukazaniem się miałem napełnić sobą świat — nie wszechświat wszelako, pod tym względem byłem skłonny do ustępstw. W umiarkowaniu swoim ograniczyłem się do ciasnej, ale rozkosznie dobranej sfery, w której pewien byłem królowania. Ambicji mojej wystarczał jeden zamek; tam, będąc ulubieńcem obojga państwa, amantem panny, przyjacielem jej brata i opatrznością sąsiadów, czułem się zadowolony; nie trzeba mi było więcej.
W oczekiwaniu tej skromnej przyszłości błądziłem kilka dni koło miasta, koczując u znajomych wieśniaków, którzy przyjęli mnie z dobrocią większą niżbym ją mógł znaleźć u mieszkańców miasta. Przygarnęli mnie, dali nocleg, nakarmili; wszystko z poczciwością i prostotą nie roszczącą sobie pretensji do żadnej zasługi. Tego nie można nazwać dobroczynnością, zbyt mało wkładali w swą ludzkość poczucia wyższości.
W ciągu tych wędrówek zapuściłem się aż do Confignon, miejscowości w Sabaudii, o dwie mile od Genewy. Proboszcz tameczny nazywał się ksiądz de Pontverre123. Nazwisko to, słynne w historii Rzeczypospolitej, uderzyło mnie wielce. Ciekaw byłem zobaczyć, jak wyglądają potomkowie Rycerzy Łyżki124. Wstąpiłem do księdza de Pontverre; przyjął mnie łaskawie, mówił o herezji genewskiej, o powadze świętej matki Kościoła i zatrzymał mnie na obiad. Nie miałem repliki na argumenty, które kończyły się w ten sposób; osądziłem, że księża, u których tak smacznie się jada, warci są co najmniej naszych pastorów. Byłem z pewnością bardziej kuty w naukach od księdza de Pontverre, mimo całego jego szlachectwa; ale byłem zbyt dobrym kompanem, aby być równie dobrym teologiem; francuskie winko, w istocie przednie, argumentowało tak zwycięsko za swego gospodarza, że uważałbym sobie za hańbę zamykać mu usta. Ustępowałem tedy, a przynajmniej nie oponowałem wręcz. Patrząc na me wykręty, mógłby mnie ktoś pomówić o fałsz; niesłusznie: byłem jedynie grzeczny. Pochlebstwo, a raczej ustępliwość, nie zawsze jest przywarą; częściej jest cnotą, zwłaszcza u młodych. Dobroć, z jaką ktoś odnosi się do nas, przywiązuje: ustępujemy, nie aby wprowadzić w błąd, ale aby nie sprawić przykrości, aby nie odpłacić złym za dobre. Jakiż interes mógł mieć ksiądz de Pontverre przygarniając mnie, obchodząc się ze mną po ludzku, starając się mnie przekonać? Żadnego, chyba mój własny. Moje młode serce mówiło mi to. Byłem przejęty wdzięcznością i szacunkiem dla zacnego kapłana. Czułem swą wyższość, ale nie chciałem go przygniatać nią w odpłatę gościnności. Nie było w tym hipokryzji: nie myślałem bynajmniej zmieniać wyznania; sama myśl o tym przejmowała mnie wówczas grozą i wstrętem. Pragnąłem jedynie nie martwić tych, którzy przyciągali mnie w tym celu; chciałem zachować ich życzliwość i zostawić im nadzieję zwycięstwa, okazując się na pozór mniej uzbrojony, niż byłem w istocie. Błąd mój podobny był do kokieterii uczciwych kobiet, które pragnąc przeprowadzić jakiś zamiar, umieją niekiedy, nie przyzwalając ani nie przyrzekając, więcej pozwolić się spodziewać, niż mają zamiar dotrzymać.
Względy rozsądku, litości, ładu społecznego przemawiały z pewnością za tym, aby zamiast dopomagać memu szaleństwu, raczej zatrzymać mnie na drodze zguby, po której biegłem, i odesłać mnie rodzinie. To byłby uczynił, albo starał się uczynić każdy człowiek naprawdę cnotliwy. Ale jakkolwiek ksiądz de Pontverre był dobrym człowiekiem, nie był on z pewnością człowiekiem cnotliwym; przeciwnie, był to bigot125, który nie znał innej cnoty, jak modlić się do obrazów i odmawiać różańce; typ misjonarza, który nie wyobrażał sobie nic lepszego dla dobra wiary, niż wydawać książeczki przeciw genewskim pastorom. Nie tylko tedy nie pomyślał o tym, aby mnie odesłać do domu, ale skorzystał z mych awanturniczych zamiarów, aby mnie pchnąć na drogę, z której powrót byłby niemożliwy, nawet gdybym go kiedyś zapragnął. Wszystko przemawiało za tym, że na tej drodze muszę zginąć z nędzy lub stać się łajdakiem. Na to zupełnie nie miał oczu, widział jedynie duszę wydartą herezji i wróconą Kościołowi. Czy będę uczciwym człowiekiem czy gałganem — cóż to znaczy, bylem chodził na mszę. Nie trzeba zresztą mniemać, aby ten sposób myślenia właściwy był jedynie katolikom; jest on związany z wszelką religią dogmatyczną, która treść widzi nie w postępkach, ale w wierze.
„Bóg cię wzywa, moje dziecko — rzekł ksiądz de Pontverre — idź do Annecy; znajdziesz tam zacną panią, bardzo miłosierną, która dzięki dobrodziejstwom króla posiada środki wydobywania innych dusz z błędów, z których ocaliła się sama”. Chodziło o panią de Warens126, osobę świeżo nawróconą, którą istotnie księża zmuszali, aby z kanalią gotową frymarczyć swą wiarą dzieliła pensję dwóch tysięcy franków, wyznaczoną jej przez króla Sardynii. Czułem się bardzo upokorzony, iż trzeba mi było pomocy „zacnej pani, bardzo miłosiernej”. Lubiłem mieć wszystko, czego mi trzeba, ale nie z jałmużny; obraz dewotki też nie miał dla mnie nic pociągającego. Przypierany wszelako przez księdza de Pontverre, przez głód, który już mi się dał we znaki, rad również, iż mam przed sobą podróż, do tego z jakimś celem, zdecydowałem się, jakkolwiek z przykrością, i ruszyłem do Annecy. Mogłem się tam dostać w ciągu jednego dnia, ale nie było mi spieszno: zabawiłem w drodze aż trzy. Nie minąłem żadnego dworku po prawej albo lewej stronie drogi, abym nie próbował szukać w nim przygód, co do których byłem pewny, że mnie oczekują. Nie śmiałem wejść do dworu ani zapukać, byłem bardzo nieśmiały; ale śpiewałem pod oknem, które przedstawiało się najokazalej, i byłem zdumiony, gdy po dłuższym rozdzieraniu sobie gardła nie ujrzałem dam ani panien, które by znęciła piękność głosu albo wdzięk moich piosenek; a umiałem bardzo piękne, nauczone od kolegów, i śpiewałem je, w swoim mniemaniu, cudownie.