(1728–1731). Wyszedłszy z domu pani de Vercellis mniej więcej tak, jak do niego wstąpiłem, wróciłem do dawnej gospodyni i przebyłem tam jakieś pięć czy sześć tygodni. Zdrowie, młodość i bezczynność sprawiły, iż w tym okresie zmysły dopiekały mi nieraz. Byłem niespokojny, roztargniony, zadumany; płakałem, wzdychałem, pożądałem szczęścia, o którym nie miałem jasnego wyobrażenia, a którego brak dawał mi się we znaki. Niepodobna opisać tego stanu; niewielu mężczyzn może go sobie nawet wyobrazić, ponieważ większość uprzedziła ten nadmiar życia, pełen rozkoszy wraz i udręki, który w gorączce pożądania daje niejako przedsmak użycia. Kipiąca krew zaludniała nieustannie mózg mój obrazami dziewcząt i kobiet: ale nieświadom ich rzeczywistego przeznaczenia wprzęgałem je w myślach w swoje chorobliwe fantazje, ograniczając do tego swe wybuchy żądzy. Majaki te utrzymywały moje zmysły w nader kłopotliwym stanie ciągłego pobudzenia, od którego na szczęście nie nauczyły mnie, jak się uwalniać. Byłbym oddał życie za kwadransik spędzony przy pannie Goton. Ale minął już czas owych igraszek dziecięcych. Wstydliwość, towarzyszka świadomości złego, przyszła z wiekiem; ona to wzmogła wrodzoną nieśmiałość, czyniąc ją wprost nie do zwyciężenia. Nigdy, ani wówczas, ani później, nie mogłem się zdobyć na nieskromną propozycję, o ile partnerka nie zmusiła mnie poniekąd, wychodząc naprzeciw mych życzeń; choćbym nawet wiedział z pewnością, że nie ma na tym punkcie skrupułów i że zrozumie mnie w pół słowa.

Niepokój mój wzrósł do tego stopnia, iż nie mogąc zadowolić swych pragnień, drażniłem je za pomocą najosobliwszych wymysłów. Szukałem ciemnych alej, ustronnych zakamarków, w których mógłbym się z dala pokazywać osobom płci odmiennej w stanie, w jakim chciałbym się znaleźć przy ich boku. Ale to, co nastręczało się ich spojrzeniom, była to raczej komiczna niż sprośna strona medalu; tamto nie przychodziło mi nawet na myśl. Trudno opisać głupią przyjemność, jakiej doznawałem, wystawiając się tak ich oczom. Od tego do upragnionego zaspokojenia był tylko jeden krok; nie wątpię też, że jakaś osoba rezolutniejszej natury byłaby mimochodem ziściła me chęci, gdybym miał odwagę czekać na to. Mania ta pociągnęła za sobą katastrofę niemal równie komiczną, ale mniej dla mnie zabawną.

Jednego dnia przyczaiłem się w jakimś dziedzińcu, gdzie znajdowała się studnia, dokąd dziewczęta chodziły często po wodę. Opodal były drzwiczki, którymi schodziło się do piwnic. Zgłębiłem w ciemności te podziemne chodniki, a przekonawszy się, że są długie i ciemne, sądziłem, że są w ogóle bez końca i że gdyby mnie ujrzano i zaskoczono, znalazłbym tam pewne schronienie. Ufny w to, ukazałem dziewczętom, które szły do studni, ów ulubiony mi obraz, bardziej dla nich pocieszny niż kuszący. Najrozsądniejsze udały, że nic nie widzą; inne zaczęły się śmiać; inne wzięły to za obrazę i podniosły larum171. Cofnąłem się do mego schronienia; podążono za mną. Usłyszano głos męski, na który nie byłem przygotowany i który mnie przeraził. Zapuszczałem się coraz dalej w podziemia, narażając się na zabłądzenie; hałasy, okrzyki, męski głos, szły ciągle w moje tropy. Liczyłem na ciemność, nagle ujrzałem światło. Zadrżałem, zapuściłem się dalej jeszcze. Natknąłem się wreszcie na gładką ścianę; nie mogąc iść dalej, musiałem oczekiwać swego losu. W jednej chwili dosięgnął mnie i pochwycił duży mężczyzna o dużym wąsie, dużym kapeluszu, dużej szabli, eskortowany przez kilka starych bab zbrojnych w miotły. Pomiędzy nimi ujrzałem ową małą hultajkę, która mnie wyśledziła i która zapewne chciała mi spojrzeć w oczy.

Mężczyzna z szablą chwycił mnie za ramię i spytał szorstko, co tu robię. Łatwo pojąć, że nie miałem przygotowanej odpowiedzi. Opamiętałem się wszakże i w nerwowym podnieceniu znalazłem romantyczny środek ocalenia, który mi się powiódł w zupełności. Zwracając się doń błagalnie, prosiłem, aby miał litość nad mym wiekiem i stanem; że jestem młodym cudzoziemcem wysokiego rodu, który ma umysł niezupełnie w porządku; wymknąłem się z domu, ponieważ chciano mnie zamknąć; byłbym zgubiony, gdyby mnie zdradził; ale jeśli raczy mnie puścić wolno, może kiedyś potrafię mu się odwdzięczyć. Wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, bajeczka moja i żałośliwa mina zrobiły wrażenie; straszliwy człowiek dał się wzruszyć i po dość krótkim napomnieniu pozwolił mi odejść spokojnie, nie pytając więcej. Po minie, z jaką młoda kobieta i jej stare towarzyszki patrzyły na mnie, gdym odchodził, mogłem wnosić, że mężczyzna, któregom się tak lękał, był moim zbawieniem i że z nimi samymi nie byłbym się wykręcił tak tanio. Słyszałem jak mruczały groźnie, z czego sobie niewiele robiłem; byle szabla i jej właściciel nie mieszali się do rzeczy, czułem się dość lekki i zwinny, aby się ocalić.

W kilka dni potem, przechodząc ulicą z młodym księżykiem, mym sąsiadem, spotkałem się nos w nos z moim zbawcą. Poznał mnie i ozwał się drwiąco, przedrzeźniając mnie: „Jestem księciem” — rzekł — „jestem księciem, a ja jestem dudek172. Ale niech Jego Wysokość nie próbuje drugi raz”. Nie dodał nic więcej, a ja pomknąłem ze spuszczoną głową, błogosławiąc w duchu tę wyrozumiałość. Domyśliłem się, że przeklęte staruchy musiały mu zmyć głowę za jego łatwowierność. Jak bądź się rzeczy miały, ów wąsal, mimo że Piemontczyk, był to dobry człowiek; ilekroć o nim myślę, to zawsze z uczuciem wdzięczności; historia bowiem była tak pocieszna, że dla samego zabawienia słuchaczy każdy na jego miejscu byłby mnie wydał na hańbę. Ta przygoda, mimo że nie miała skutków, uczyniła mnie wszakże na długo ostrożnym.

W czasie pobytu u pani de Vercellis zawarłem parę znajomości, które podtrzymywałem w nadziei, że mogą mi być użyteczne. Odwiedzałem niekiedy między innymi sabaudzkiego księdza nazwiskiem Gaime, nauczyciela dzieci hrabiego de Mellarede. Był to człowiek jeszcze bardzo młody i mało udzielający się, ale rozsądny, uczciwy, wykształcony, jeden z najzacniejszych ludzi, jakich znałem. Na nic mi się nie przydał w sprawie, dla której go odwiedzałem; nie miał dość stosunków, aby mi wyrobić miejsce; ale znalazłem u niego cenniejsze korzyści, które posłużyły mi na całe życie: naukę zdrowej moralności, zasady uczciwości i rozsądku. W kolejnych przewrotach moich upodobań i poglądów byłem zawsze za wysoko albo za nisko, Achillesem lub Tersytem173, to bohaterem, to nicponiem. Ksiądz Gaime podjął trud postawienia mnie na właściwym miejscu i otworzenia mi oczu na samego siebie, nie oszczędzając mnie ani zniechęcając. Wyrażał się bardzo pochlebnie o mym charakterze i zdolnościach, ale dodał, iż widzi w nich samych przeszkody, które nie pozwolą mi należycie ich wyzyskać; tak iż powinny, jego zdaniem, posłużyć mi nie tyle jako stopnie do powodzenia, ile raczej jako środki obycia się bez niego. Nakreślił prawdziwy obraz ludzkiego życia, o którym miałem jedynie chimeryczne pojęcia; pokazał mi, jak w przeciwieństwach losu rozumny człowiek zawsze może zmierzać ku szczęściu i obrać najwłaściwsze drogi; jako nie istnieje prawdziwe szczęście bez mądrości i cnoty, te zaś można znaleźć w każdym stanie. Zwątlił bardzo mój kult dla wielkości świata, dowodząc, że ci, którzy władają drugimi, nie są ani mądrzejsi, ani szczęśliwsi od tamtych. Powiedział jedną rzecz, która często wracała mi na pamięć, że gdyby każdy mógł czytać w sercu bliźnich, więcej byłoby ludzi, którzy by woleli zstąpić niżej, niż takich, którzy by chcieli wspinać się wyżej. Ta uwaga, której prawda bije w oczy i w której nie ma nic przesady, bardzo mi w życiu pomogła w tym, aby spokojnie pozostawać na swoim miejscu. Dał mi pierwsze prawdziwe pojęcia uczciwości, którą moje niezrównoważenie pojmowało jedynie w jej krańcach. Przekonał mnie, że szczytny zapał cnoty mało ma zastosowania w pożyciu z ludźmi; że kto wzbija się zbyt wysoko, naraża się na upadki; że ustawiczne i równe spełnianie drobnych obowiązków nie mniej wymaga siły od bohaterskich czynów; że ta droga lepsza jest i bezpieczniejsza dla szczęścia i honoru; że o wiele cenniejsze jest budzić zawsze szacunek niż od czasu do czasu podziw.

Aby ustalić powinności człowieka, trzeba było zstąpić do ich źródeł. Rozmawiając nieraz o kroku, którego następstwem było moje obecne położenie, zeszliśmy oczywiście na kwestie religijne. Można się domyślić, że zacny ksiądz Gaime jest, bodaj w znacznej części, oryginałem mego wikarego sabaudzkiego174. Różnica jest ta, iż on sam, zniewolony do ostrożności i powściągliwości, mniej otwarcie do niektórych punktów wyraził mi swe zdanie: ale poza tym jego zasady, uczucia, przestrogi, nawet rada, abym wrócił do ojczyzny, wszystko zgodne jest z obrazem, jaki wiernie przekazałem czytelnikom. Nie zatrzymując się tedy przy naszych rozmowach, których treść każdy może poznać, powiem tylko, że jego nauki, mądre, ale zrazu bezowocne, stały się w mym sercu zarodkiem cnoty i religii, który nie obumarł nigdy i który, aby wydać owoc, czekał jedynie starań bardziej umiłowanej ręki.

Mimo iż wówczas nawrócenie moje mało miało fundamentów, rozmowy te wzruszały mnie. Nie tylko nie nudziły mnie one, ale zasmakowałem w nich dla ich jasności, prostoty, a zwłaszcza dla serca, którym były przepojone. Mam duszę stworzoną do kochania i zawsze przywiązywałem się do ludzi nie tyle w stosunku do tego, co mi wyświadczyli dobrego, ile w stosunku do ich chęci; pod tym względem instynkt mój mnie nie myli. Toteż, pokochałem szczerze księdza Gaime; stałem się niejako jego drugim uczniem; co mi przyniosło doraźnie tę nieocenioną korzyść, iż odwróciło mnie od spadzistości złego, ku której ciągnął mnie brak zatrudnienia.

Jednego dnia, kiedy się najmniej tego spodziewałem, wezwano mnie w imieniu hrabiego de la Roque. W swoim czasie po kilku daremnych usiłowaniach zniechęciłem się i nie zachodziłem doń więcej; myślałem, że o mnie zapomniał albo że zraził się do mnie. Myliłem się. Niejednokrotnie był on świadkiem gorliwości, z jaką pełniłem obowiązki przy jego ciotce; mówił jej nawet o tym i przypomniał mi to wówczas, gdy sam już zapomniałem. Przyjął mnie dobrze; rzekł, nie bawiąc się w puste obietnice, że starał się znaleźć dla mnie miejsce, że mu się to powiodło, że otwiera mi się droga zostania czymś, do mnie zaś należy postarać się o resztę; że dom, w który mnie wprowadza, jest możny i wpływowy, i stosunki jego wystarczą w zupełności, aby zapewnić mi karierę; mimo iż zrazu zajmę stanowisko zwykłego służącego, mogę być pewny, że jeśli zachowanie moje i wartość okażą się powyżej tego stanu, nie pozostanę w nim długo. Koniec przemowy był okrutnym ciosem dla świetnych nadziei, które obudził we mnie początek. „Ech! Wciąż lokajem!” — rzekłem sobie w duszy z gorzkim zawodem, który jednak niebawem rozproszyła wiara w siebie. Czułem się zbyt mało stworzonym do tego stanowiska, bym się miał obawiać, iż mogę na nim pozostać zbyt długo.

Mój protektor zaprowadził mnie do hrabiego de Gouvon, nadwornego koniuszego królowej, naczelnika znamienitego rodu Solar. Wyraz godności, który cechował szanownego starca, podniósł jeszcze w mych oczach cenę życzliwości, z jaką mnie przyjęto. Zadał mi parę pytań z widocznym zainteresowaniem, odpowiedziałem z pełną szczerością. Powiedział hrabiemu de la Roque, że mam fizjonomię przyjemną i zwiastującą bystry umysł; ale że bystrość dowcipu to jeszcze nie wszystko: trzeba dopiero przekonać się o reszcie. Następnie, zwracając się do mnie, rzekł: „Moje dziecko, prawie w każdej rzeczy początki są trudne, mam wszelako nadzieję, iż twoje nie będą zbyt uciążliwe. Bądź uważający, staraj się przypaść do serca wszystkim w domu, oto na razie jedyne twoje zajęcie. Poza tym bądź dobrej myśli, będziemy pamiętali o tobie”. Natychmiast udał się do apartamentów margrabiny de Breil, swojej córki, i przedstawił mnie; również księdzu Gouvon, swemu synowi. Ten początek zdawał się dobrze wróżyć. Znałem już na tyle świat, aby wiedzieć, że nie robi się tylu ceremonii z przyjęciem zwykłego lokaja. W istocie, nie odnoszono się do mnie w ten sposób. Jadałem z domownikami, nie dano mi liberii; a gdy hrabia de Favria, młody wartogłów175, wyjeżdżając na miasto, polecił mi stanąć z tyłu karocy, dziadek zabronił, aby mnie używano do takich funkcji i abym miał pełnić jakiekolwiek posługi poza domem. Usługiwałem mimo to przy stole i w domu sprawowałem mniej więcej funkcje lokaja; ale sprawowałem je poniekąd swobodnie, nie przydany w szczególności żadnej osobie. Poza paroma listami, które mi dyktowano, i obrazkami, które hrabia Favria kazał mi wycinać, byłem przez cały dzień prawie zupełnym panem swego czasu. Była to próba, na której się nie spostrzegłem, i z pewnością była ona bardzo niebezpieczna, a nawet nie bardzo ludzka; w tej zupełnej bezczynności łatwo mogłem nabrać przywar, w które nie byłbym popadł inaczej.